23.7 C
Warszawa
niedziela, 19 maja, 2024

Unia po nowemu czyli pożegnanie z niepodległością – Artur Adamski

26,463FaniLubię

Wspólnota Europejska już od dawna jest zaprzeczeniem wszystkiego, co było celem jej ojców założycieli. Teraz główni sprawcy berlińsko – brukselskiej giga – patologii w sprawie wypielęgnowanego przez siebie zwyrodnienia zamierzają postawić przysłowiową „kropkę nad i”.

Pierwszym tego efektem będzie radykalna redukcja suwerenności wielu państw, z Polską na czele. Jeszcze gorsze okaże się jednak to, co odmienioną Unię nieuchronnie czekało będzie w bliższej lub dalszej przyszłości. Radykalny krok w stronę kontynentalnego superpaństwa to bowiem nie tylko dalsze odchodzenie od Europy wolności w kierunku więzienia narodów. To podłożenie pod Unię ogromnej bomby z opóźnionym zapłonem.

- Autopromocja - KLIKNIJ NA GRAFIKĘ-

W całych dziejach ludzi, narodów i państw zawsze mamy do czynienia z dwoma rodzajami związków. Do jednej grupy zaliczyć można wszystkie te, w których funkcjonowaniu zgoda przeważa nad kłótnią a uwzględnianie stanowiska drugiej strony nad dążeniem do narzucenia jej własnej woli. Takie związki trwać potrafią długo a jeśli się rozpadają to w sposób pokojowy, bez nadmiernych do siebie pretensji a najczęściej na zasadzie dalszego współistnienia już nie tak bliskiego, ale wzajemnie życzliwego. Do drugiej natomiast grupy należą związki, w których jedni dominują a drudzy zmuszeni są do podporządkowania. W takich relacjach nawet, jeśli słabsza strona narzucaną jej wolę znosi w milczeniu, to jednak związek ten trzeszczy w szwach. Rozpad takiej relacji jest tylko kwestią tego, czy prędzej narośnie masa krytyczna tendencji odśrodkowej czy rozkład zainicjowany zostanie przez jakieś czynniki zewnętrzne. W każdym jednak wariancie jest to rozkład eksplozyjny. Formalnie bliscy sobie ludzie nagle stają się otwartymi wrogami, narody wyzwalające się z narzuconego im związku stają przeciw sobie, odzyskujące wreszcie swą podmiotowość państwa wchodzą w gwałtowny konflikt z innymi, również szermującymi listami wzajemnych roszczeń. Z obydwoma grupami tych sytuacji wszyscy spotykamy się we własnym życiu. I znamy je świetnie z kart historii. Z nie tak dawnych czasów pamiętamy Czechosłowację, której narody postanowiły żyć w oddzielnych państwach i rozdział ten dokonany został sposobem zwanym potem „aksamitnym”. Najtrwalszą z udanych unii w XIV wieku zaczęła budować Polska wraz z Wielkim Księstwem Litewskim. O tym, że związek ten był wzajemnie korzystny i miał moc wspaniałego owocowania, nie przesądził jedynie tożsamy interes polityczny, polegający na wspólnocie zagrożeń. Spoiwem najlepszym okazało się praktykowanie zasady „nic na siłę”. Kiedy umarł król Polski, którym była Jadwiga Andegaweńska, Władysław Jagiełło był gotów zejść z krakowskiego tronu. Pozostał na nim, bo chcieli tego sami Polacy. Litwini w związku tym byli terytorialnie więksi, ale cywilizacyjnie słabsi. Nikt im jednak nie narzucał własnej woli. Nie było żadnego podporządkowywania czy kolonizowania przez Polaków ziem zwanych potem Kresami . Przeciwnie – rzeczywista wola budowy sprawiedliwej, zgodnej wspólnoty zaowocowała tym, że z prastarych elit litewskich czy ruskich wywodzili się nie tylko najwyżsi urzędnicy czy hetmani, ale cały szereg królów wspólnego państwa. Przetrwało ono ponad czterysta lat i trwałoby nadal, gdyby nie rozbiory dokonane przez otaczające je trzy łupieżcze satrapie. Na przeciwległym biegunie takich stosunków miała ludzkość do czynienia z imperiami czasów antyku, kolejnymi rzeszami niemieckimi czy rosyjskim „więzieniem narodów”. Każdy z tych tworów powstawał i trwał za sprawą przymusu a potem każdy walił się w istnym piekle ognia i krwi. Spośród bezliku świadectw tego, jak konają tego rodzaju molochy, przypomnieć sobie warto choćby „Przedwiośnie” Żeromskiego. W jednym z pierwszych rozdziałów opisuje ono to, co działo się w jednej tylko, azerskiej prowincji imperium carów. Kto czytał ten powinien pamiętać kolejne fale rzezi, uwieńczonych wypoczwarzeniem się tego pandemonium w coś jeszcze gorszego od wszystkich wyobrażeń piekła – w totalitaryzm bolszewicki. Takie mogą być skutki zaprowadzania porządku przymusem, łamiąc opór mniejszości. Ludzie w swym życiu tworzyć bowiem mogą dwa rodzaje związków – naturalne i nienaturalne. Fundamentem pierwszych jest zasada „nic na siłę”. Drugie oparte są na przymusie. I to ich efektem są największe nieszczęścia, jakie od wieków prześladują ludzkość.

Forsowana dzisiaj zmiana traktatów zawiera cały szereg decyzji o charakterze politycznym i wręcz szaleńczo ideologicznym. Mowa w niej nie tylko o wspólnej polityce zagranicznej, ale objęciu nadzorem de facto wszystkiego, co do tej pary było domeną państw członkowskich. Komisję Europejską zastąpić ma Egzekutywa, sprawująca kontrolę nie tylko nad lasami (w Polsce to 23% terytorium), ale egzekwująca np. prawo homoseksualistów do adopcji dzieci. Podobnych zmian przygotowano 267 i w zasadniczej części polegają one na pozbawieniu państw członkowskich możliwości uchronienia się przed zmianami, które by im nie odpowiadały. W sprawach, o których od wieków decydowały władze każdego z państw, teraz rozstrzygać ma owa -Egzekutywa. Już sama nazwa tego organu nasuwa na myśl czasy sowieckie. A kiedy zagłębić się w istotę projektowanego organu to okaże się, że niniejsze skojarzenie jest jak najbardziej słuszne.

Ojcowie założyciele Wspólnoty pragnęli organizacji naturalnej, opartej na rzeczywistej woli budowania Europy Ojczyzn wyrosłych na fundamencie tej samej chrześcijańskiej cywilizacji. Dla Roberta Schumanna było jasne, że zamysł ten tylko i wyłącznie wtedy będzie miał szansę pomyślnej realizacji, o ile nie zostanie posunięty nazbyt daleko. Integracja odzierająca z podmiotowości a przy tym pospieszna – zawsze oznacza przymus. A ten, choćby i najskuteczniejszy, to zawsze konstruowanie tykającej bomby. Tym większej im większego organizmu dotyczy.

Liderzy związku równych i równiejszych, jakim od lat jest UE, dawno opanowali sztukę przebiegłego osiągania nawet najbardziej absurdalnych celów. Może to oznaczać, że wśród perfekcyjnie rozegranych opór stawić mogą nieliczni. Historyczną rolę stającego na drodze tego pędu ku przepaści odegrać może Polska. A podjąć się jej powinna choćby dlatego, że to ona ma do stracenia najwięcej. Uchronienie przed marszem ku samozatraceniu i siebie i całej Wspólnoty zależy jednak od tego, czy rządzić Polską będą strażnicy czy przeciwnicy jej podmiotowości. Ci drudzy potrafią wcielać się w role patriotów, ale rozpoznać ich łatwo po karierach zbudowanych metodą każdorazowego zgadzania się na wszystko.

Artur Adamski

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz swój komentarz!
Proszę wpisać tutaj swoje imię

Powiązane artykuły

Pozostańmy w kontakcie

26,463FaniLubię
274SubskrybującySubskrybuj
- Reklama -spot_img

Najnowsze Artykuły

Skip to content