30,5 C
Warszawa
piątek, 19 sierpnia, 2022

Karol Pachnik, Grzegorz Prigan: Państwo musi mieć mocniejszą głowę –

26,463FaniLubię

A więc wojna! Dramat Ukrainy i postawa Wołodymira Zełenskiego obrazują, że w trudnych czasach potrzebny jest klarowny system władzy. Model polski to miotanie się między historyczną rolą prezydenta, a systemem kanclerskim. Co potrafi prowadzić do słynnych niegdyś sporów o krzesła.

Prezydent Ukrainy odbierany był jako marionetka oligarchy Ihora Kołomojskiego, względnie jako niemający większego pojęcia o polityce satyryk. Ot taki ukraiński odpowiednik Beppe Grillo z włoskiego MoVimento 5 Stelle. Dzisiaj postawą męża stanu, zasłużył na pomniki stawiane nie tylko w Kijowie. Oby za jego życia.

- Autopromocja - KLIKNIJ NA GRAFIKĘ-

Czasem szaleńcze czy szalone wydarzenia definiują na zawsze miejsce w historii. Tak było z narażaniem się pięciu prezydentów na wspólną wyprawę do Tbilisi i przemówieniem prezydenta Lecha Kaczyńskiego w stolicy Gruzji 12 sierpnia 2008 r. Wypowiedziane wtedy słowa: Świetnie wiemy, że dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze Państwa Bałtyckie, a później może i czas na mój kraj, na Polskę! – są i dziś niezwykle aktualne, a nawet najwięksi krytycy prezydentury Lecha Kaczyńskiego zamilkli wobec otaczającej nas dzisiaj rzeczywistości.

Prezydent Zełenski jest prawdziwym liderem, ale też sprawuje funkcję o jasnych kompetencjach. W Polsce kunktatorstwo, a nawet obawa przed nieprzewidywalnością prezydenta Lecha Wałęsy (i strachem przed nieprzewidywalnością ewentualnego następcy) doprowadziły do ciężkostrawnego wykoślawienia systemu władzy. Niby jest prezydent, ale jak premier chce zrobić awanturę polityczną to pozbawia prezydenta krzesła (i samolotu) na międzynarodowym spotkaniu. Tak to już było przy złośliwościach we wzajemnych relacjach premiera Donalda Tuska i prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Prezydent uproszczając – trochę może, ale tak nie za dużo – a ostatni spór z Unią Europejską pokazuje, że stara się go ograniczać np. przy nominacjach sędziów (a w przyszłości może i przy nominacjach profesorskich). Premier może trochę więcej, ale tylko jak ma stabilną większość w parlamencie – co często go ogranicza, bo koalicje to też zgniłe kompromisy. Złośliwi komentują, że niektórzy premierzy wykazują też zależność od niektórych szeregowych posłów. Zawsze w historii III RP premier, który nie był jednocześnie szefem największego ugrupowania parlamentarnego miewał problemy z pozostaniem na stanowisku przez pełną kadencję. Premierów mieliśmy dotychczas 16, a tylko dwóch sprawowało urząd przez pełną kadencję danego Sejmu.

W III RP prezydentów mieliśmy 6, ale wybranych w wyborach powszechnych 5. Dwóm (L. Wałęsie i B. Komorowskiemu) nie udało się zostać wybranymi na kolejną kadencję. Dwóm (A. Kwaśniewskiemu i A. Dudzie) reelekcja się udała. Prezydent Lech Kaczyński zginał 10 kwietnia 2010 r., w roku kończącym jego kadencję.

Dyskusja o tym kto ma sprawować władzę w Polsce nie jest nowa. Dotychczas kończyła się przez strach o osobę ewentualnego zwycięzcy (L. Wałęsa, A. Lepper – tak, tak, charyzmatyczny lider Samoobrony RP wzbudzał strach wśród elit politycznych, gdy sondaże pokazywały, że jest istotnym graczem w prezydenckim wyścigu). Względnie upadała przez kalkulacje partyjnych przywódców bojących się silnej pozycji prezydenta.

W obecnych, nadzwyczajnych czasach – kiedy wojna jest już przy naszej granicy, tak blisko jak to tylko możliwe – czas pomyśleć o silnym przywództwie. Bez kalkulacji i stawiania na pierwszym miejscu interesu formacji politycznej czy grupy interesu.

Jeżeli prezydent i większość parlamentarna są ze sobą związane, współpraca na ogół przebiega bez większych zgrzytów. Tak pokazują przykłady prezydentury A. Kwaśniewskiego i A. Dudy. B. Komorowski natomiast nie miał widocznych ambicji do zaznaczania swojej pozycji, i to do tego stopnia, że z pakietu swoich uprawnień tylko 4 razy skorzystał z prezydenckiego weta. Wetując m.in. ustawę o utworzeniu Akademii Lotniczej w Dęblinie, obywatelską ustawę o okręgach sądowych czy (częściowo) ustawę o nasiennictwie.

Przy szorstkich relacjach dochodzi do – w sumie kompromitujących państwo – momentów, jak angażowanie Trybunału Konstytucyjnego w spór dwóch ośrodków rządzących. Postanowieniem TK z 20 maja 2009 r., Kpt 2/08 rozstrzygnięto głośny przed ponad dekadą „spór o krzesła” (skracając i upraszczając premier Donald Tusk odmówił prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu rządowego samolotu do podróży na posiedzenie Rady Europejskiej i zakwestionował możliwość jego uczestnictwa – w obradach uczestniczyły po dwie osoby z danego państwa, a Polskę miał reprezentować prezes Rady Ministrów i minister spraw zagranicznych – stąd nazwa sporu, od brakującego krzesła dla jednego z trio prezydent-premier-minister spraw zagranicznych). TK wykazał się troską o urząd każdoczesnego prezydenta, a nie personalnym sporem na linii D. Tusk – L. Kaczyński i mimo uzasadnienia bijącego w prezydenta L. Kaczyńskiego uznano, że prezydent (urząd) ma prawo – jako najwyższy przedstawiciel Rzeczypospolitej – brać udział w posiedzeniach Rady Europejskiej.

Urząd prezydenta cechuje trwałość w jego sprawowaniu sięgająca 10 lat – o ile kandydat choć trochę umie wykorzystać handicap urzędu, nie ma problemów z reelekcją. Jest mniej narażony na ataki na swoją osobę, jak biorący udział w ciągłym sporze politycznym premier. Nie musi codziennie toczyć zakulisowych bojów ze swoim zapleczem politycznym. Słowem cechuje go większa niezależność. Prezydent to także ważny ośrodek władzy z tradycją sięgającą II RP. Przede wszystkim jest wybierany w wyborach powszechnych i do jego powołania nie jest potrzebna, czasem (patrz rząd H. Suchockiej) bardzo szeroka koalicja.

Prezydent A. Duda nie może być wybrany na kolejną kadencję. Nie ma więc pretendenta do urzędu prezydenta. Jest to dobry czas, żeby pomyśleć na wprowadzeniu wzorem małej konstytucji z 1992 r., tzw. resortów prezydenckich – MSZ, MON i MSW i przekazaniu odpowiedzialności za politykę w tych wymiarach prezydentowi.  Z tym, że zapis o możliwości powoływania przez prezydenta tych 3 ministrów musiałby zostać sformułowany wprost, bowiem uregulowania analogiczne jak w art. 28, 32, 34, 35 i 61 małej konstytucji niechybnie powodowałyby dalsze „spory kompetencyjne”.

Urzędu prezydenta nie zlikwidujemy, chyba, że ktoś wpadnie na pomysł powrotu do PRL-owskiej Rady Państwa. Dlatego warto wyposażyć prezydenta (urząd) w realne kompetencje do wykonywania władzy, być może nawet kosztem niezadowolenia kalkulujących przywódców partyjnych. Strach przed wojną pozwala na działania ponad podziałami.

A przy okazji można poprawić konstytucję też w innym miejscu, rozwiązując tzw. spór o praworządność. Wystarczy albo wyeliminować mającą komunistyczny rodowód Krajową Radę Sądownictwa i pozostawić – wzorem innych państw UE – proces nominacyjny sędziów w wyłącznym uprawnieniu prezydenta albo zmienić kompetencje KRS i zapisać w art. 179 Konstytucji RP, że sędziowie są powoływani przez Prezydenta Rzeczypospolitej, po zasięgnięciu opinii Krajowej Rady Sądownictwa, na czas nieoznaczony. Proste i zgodne ze spostrzeżeniami TK z 2008 r., zawartymi przy ocenie innego (tu rzekomego) „sporu kompetencyjnego” – na linii prezydent – KRS. W postanowieniu TK z 23 czerwca 2008 r., Kpt 1/08, już wtedy TK wyrażał obawy, że brak jest konstytucyjnych unormowań, niewątpliwie pożądanych z punktu widzenia zupełności systemu prawnego i poprawności legislacyjnej, co do regulacji dotyczącej potencjalnych następstw wykonywania przez Prezydenta jego kompetencji w zakresie powołania (bądź niepowołania) na stanowisko sędziowskie.

I to też przy odrobinie woli politycznej można naprawić. Tylko czy znajdą się odważni do wyposażenia nieznanego przyszłego prezydenta w realne uprawnienia władzy.

Jest to zgodne z racją stanu, ale czy jest zgodne z interesem partyjnym?

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz swój komentarz!
Proszę wpisać tutaj swoje imię

Żródło:RP

Powiązane artykuły

Pozostańmy w kontakcie

26,463FaniLubię
322SubskrybującySubskrybuj
- Reklama -spot_img

Najnowsze Artykuły

Aplikacja Mobilna

Install
×
Skip to content