10,5 C
Warszawa
wtorek, 4 października, 2022

Dyskretne oznaki globalnej dystopii – Waldemar Żyszkiewicz

26,463FaniLubię

W Szanghaju skończyły się manewry z dyscyplinowania wielkich populacji. Próba powołania globalnego urzędu kontroli sanitarnej w Genewie na razie się nie powiodła. Ale nie miejcie złudzeń, gdy wygra cywilizacja antywartości, tzw. prawa reprodukcyjne będą oznaczały konieczność uzyskania zgody na poczęcie i urodzenie dziecka od globalnego urzędu eugeniki. Właśnie dlatego w UE powstaje centralny rejestr ciąż. Owszem, inwentaryzuje się też przypadki alergii, ale…

Oznaki, że jesteśmy – jako społeczność globalna – oswajani z brutalnością i bezwzględnością kolejnej wojny światowej albo jakiejś równie fundamentalnej, groźnej w skutkach przemiany utrwalonych dotąd form ludzkiego na Ziemi bytowania, można było zaobserwować już na przełomie stuleci. Nie, nie były to sygnały przesadnie natrętne, raczej w ogóle pozbawione ostentacji, lecz dla kogoś wprawionego w rejestracji powolnych zmian jakościowych i zdolnego do umiejętnej ich interpretacji, jednak wystarczająco czytelne.

- Autopromocja - KLIKNIJ NA GRAFIKĘ-

Nie pamiętam już, co mnie tknęło czy zdziwiło na tyle, że zacząłem się nad tym fenomenem zastanawiać. Może to było naruszenie tabu mordowania w grach komputerowych, nie tyle w tych zwyczajnych animowanych strzelankach, bo eliminacja czy utylizacja nominalnego wroga pozostaje w gejmingowych symulacjach czymś oczywistym. Tym pierwszym, niemal podprogowym sygnałem, że coś się zmienia, było raczej wejście na rynek gry, w której szalejący po mieście pirat drogowy dostawał dodatkowe wysokie premie, za rozjeżdżanie na chodnikach przechodniów, w tym również matek z dziećmi, nawet z maluchami wożonymi jeszcze w wózkach. Ot, taki prowokacyjny, nieco prostacki nihilizm dla miłośników gier komputerowych.

Miały nas chronić, teraz nas pilnują

A może jednak uwagę zwróciła jakościowa zmiana w umundurowaniu resortów siłowych w wielu krajach, kiedy w miejsce używanych dotąd strojów, manifestujących pewną powagę formacji pilnujących ładu i porządku publicznego, jak choćby ów emblematyczny brytyjski bobby w wysokiej czapie, zaczęły pojawiać się bardzo siermiężne uniformy o estetyce czysto praktycystycznej, zwykle dwuczęściowe z wieloma kieszeniami, kojarzące się raczej z owerolem hydraulika albo jakiegoś specjalisty od naprawy infrastruktury, ewentualnie kombinezonem strażaka lub wręcz kosmonauty… Jakieś odległe echo wizji Truffauta / Bradbury’ego z filmu 451 stopni Fahrenheita. To musiało wpłynąć na wizerunek i społeczny odbiór funkcjonariusza resortów siłowych, który z marszu przestawał być szacownym reprezentantem władzy, owianym aurą jej prestiżu, niekiedy nawet majestatu, lecz stawał się anonimowym funkcjonariuszem, technologiem jej praktycznego, obcesowego sprawowania.

Policjant w swoim nowym uniformie uosabiał zdolność do nagłej i zdecydowanej albo wręcz brutalnej reakcji, co w naturalny sposób resztę obywateli, czyli przechodniów mijających go na ulicach i placach miast ustawiło w pozycji potencjalnych zamachowców, terrorystów, bądź kryminalistów szykujących jakieś zbrodnicze przedsięwzięcia. Dawne poczucie więzi między chroniącymi a chronionymi zostało zerwane: przekonanie, że służby ochraniają obywateli państwa przed zagrożeniem zewnętrznym musiało ustąpić przemożnemu wrażeniu, że owo zło właściwie czai się wszędzie, a co gorsza, że jego sprawcą może być ktoś nie spoza naszej wspólnoty, lecz również jakiś insajder, po prostu ktoś z nas.

Że nomadyzm współczesnego świata, we wszelkich jego formach, począwszy od współczesnej kolonizacji turystycznej, przez zasadne jeszcze transgraniczne wędrówki pracowników, aż po przemyślnie i celowo uruchamiane fale migrantów obcych rasowo, kulturowo, cywilizacyjnie i religijnie, takiemu przesunięciu akcentów sprzyja, wydaje się dość oczywiste. Jednak odpowiedź na pytanie, co jest skutkiem, a co stanowi przyczynę owych łatwo dostrzegalnych zmian, już wcale taka oczywista nie jest. Czy to obcy element, potencjalnie zagrażający systemowi, wymusił organizacyjno-wizerunkowe zmiany służb odpowiedzialnych w państwie za bezpieczeństwo, czy może kombinację finansowych zachęt i politycznych przyzwoleń na ten nowy nomadyzm stworzono po to, by uzasadnić rozbudowany nadzór nad obywatelami oraz ewolucję wizerunku formacji siłowych?

Metysaż i jego austriacki prorok

Podczas ekspansywnego i żywiołowego zasiedlania obu Ameryk po ich odkryciu przez Europejczyków doszło do wielu przykładów przemocy, krzywd i zbrodni, wystarczająco jaskrawych, i bynajmniej nie tylko między eksploratorami a rdzenną ludnością, lecz również pomiędzy konkurującymi ze sobą przybyszami, żeby mieć jasność, iż nie tylko procesy ekspansji terytorialnej, lecz także międzykulturowej, transcywilizacyjnej, a zwłaszcza wielorasowej integracji są co najmniej ryzykowne, bolesne i trudne. I skutkują mocno negatywnymi zjawiskami, które w społecznościach osiadłych, w dodatku etnicznie, cywilizacyjnie i kulturowo jednorodnych po prostu się nie pojawiają.

Nic dziwnego, że wobec uporczywego forsowania multikulturowości trudno się nie nabrać podejrzeń, że realnym celem propagatorów tego nienaturalnego sposobu organizowania życia wielkich ludzkich wspólnot nie są szlachetnie brzmiące slogany, lecz wprowadzenie czynników generujących nieuchronne konflikty i patologie społeczne. Intencje dwudziestowiecznego prekursora tego irracjonalnego oraz dwuznacznego moralnie, jeśli nie wręcz nagannego konceptu zostały wyłożone otwartym tekstem w pracy Idealizm praktyczny(Praktischer Idealismus, Wien/Leipzig 1925).

Jej autor, Richard hrabia Coudehove-Kalergi, potomek wpływowej, arystokratycznej rodziny, doktor filozofii i mason (wiedeńska loża Humanitas), był owładnięty ideą utworzenia Stanów Zjednoczonych Europy, jako sfederalizowanego państwa, trochę na wzór Austro-Węgier, sięgającego od Portugalii do Polski włącznie, dla uniknięcia zagrożeń ze strony agresywno-imperialnej Rosji. Inicjator i długoletni propagator ruchu paneuropejskiego, o którym pisał w książkach, także w wydawanym przez siebie periodyku „Paneuropa”. Brylował wśród europejskich politycznych i kulturalnych elit swojego czasu, krążył po świecie niczym Józef Retinger. Jednak – w odróżnieniu od Retingera – przez wpływowych czynnych polityków, takich jak Churchill czy Roosevelt, nie był chyba całkiem poważnie traktowany…

Po zajęciu Austrii przez Hitlera, przez Czechosłowację, Francję, Szwajcarię i Portugalię dotarł do USA. Wykładał tam przez trzy lata na uniwersytecie, a nad projektem wspólnej waluty dla krajów jego Paneuropy pracował Ludvig von Misses. Coudenhove-Kalergi został pierwszym laureatem nagrody Karola Wielkiego (1950), a Oda do Radości Beethovena to jego autorski pomysł na hymn, najpierw dla Unii Paneuropejskiej, w roku 1971 zaakceptowany przez Wspólnoty Europejskie (dziś UE). Krótko mówiąc, żywot iście filmowy, nawet bez uwzględnienia dwóch pobytów w Japonii, ojczystym kraju jego matki. No i Hollywood takiego kąska nie przeoczył: postać Victora Laszlo, komunistycznego VIP-a z Casablanki, została oparta na niektórych elementach biografii hrabiego Ryszarda.

Multi-kulti jako młot na państwa narodowe

Trzeba sporego zadufania, żeby na podstawie szczęśliwego losu jednej etnicznie zróżnicowanej rodziny, zresztą akurat własnej, arbitralnie założyć powodzenie rasowej transformacji całej ludzkości. Trzeba też ogromnej naiwności, żeby uwierzyć, że to się może bezboleśnie udać. Czysto spekulatywna, intelektualnie niedojrzała wizja oparta chyba na gnostyckim przeświadczeniu, że wie się lepiej od innych, więc można, ba, należy dążyć do narzucenia narodom swego widzimisię. Aż trudno uwierzyć, że autor Praktycznego idealizmu uzyskał doktorat z filozofii na uniwersytecie wiedeńskim na podstawie rozprawy „Obiektywność jako fundamentalna zasada moralności” (1917).

Formułując najkrócej istotę pomysłu późnego wnuka niespełnionej miłości Norwida, idzie o to, by różnorodność ludzkości: rasową, etniczną, cywilizacyjno-kulturową i wreszcie religijną, za sprawą upowszechnionego i promowanego metysażu doprowadzić do możliwie jednolitej pod względem wyglądu, stylu życia i braku wyższych ideałów, zewnątrzsterownej masy ludzkiej, którą będzie można stosunkowo łatwo zarządzać. Żadnych ras, żadnych klas. Człowiek przyszłości ma być po prostu negroidalnym Euroazjatą.

Bez wątpienia multikulturowość, wprowadzana jako atrakcyjna erotycznie paleta kolorów skóry, odmiennych zapachów ciała, innych nawyków i przyzwyczajeń, nieznanych wcześniej smaków, dziwnej kuchni, egzotycznych przypraw, ale też odmiennych zasad i wartości, sposobów postępowania, po czasie przynosi poczucie znalezienia się w obcym dla siebie świecie. Dochodzi do wydziedziczenia z tradycji, zerwania więzi z przodkami, dzięki którym istniejemy i jesteśmy tacy, jacy właśnie jesteśmy. To oczywiście w perspektywie jednostkowej.

Trzeba jednak pamiętać, że multikulturowość to bardzo skuteczne narzędzie służące kruszeniu, a następnie dekompozycji spoistości etnicznej, cywilizacyjnej i religijnej, czyli aksjologicznej. Wystarczy przypomnieć, jakie egzystencjalne rafy czekają kohabitację dwóch odmiennych społeczności, z których jedna, w przeciwieństwie do drugiej, nie uznaje zasady: nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe. Albo dopuszcza stosowanie etyki sytuacyjnej. Ewentualnie pojęciem bliźniego obejmuje tylko własnych ziomków, a nie wszystkich ludzi. Albo ponad zasadę troski i miłosierdzia stawia prawo talionu… Wzniośle brzmiące (dla naiwnych), ale nieuwzględniające realnej i niezmiennej natury ludzkiej utopijne slogany lewicowców, podobnie jak propagandowo słodkie uśmiechy elojów z kampanii reklamowej / ideologicznej / wyborczej w realu jednak nie obowiązują.

Koncepty hrabiego Ryszarda, czyli nos dla tabakiery

Richard hrabia Coudenhove-Kalergi, będąc dzieckiem Japonki oraz austriackiego arystokraty z rodu o etnicznie mocno spluralizowanych korzeniach, najwidoczniej zadowolony z własnego losu, chciał nim obdarzyć wszystkich Europejczyków. Sam wychowany w luksusie zapomniał lub nie wziął pod uwagę wielu istotnych okoliczności, które o blaskach życia decydują. Naiwność pomysłodawcy nie byłaby największym grzechem tego planu. Znacznie gorsze były motywacje – ukształtowane pod wpływem ojca, który podczas wielkopiątkowej liturgii wychodził z kościoła, by nie słyszeć modlitewnej frazy o „wiarołomnych Żydach”, trochę może też pod wpływem pierwszej żony – które sprowadzały się do tezy, że istnienie państw narodowych oraz mocnych tożsamości etnicznych zbytnio zagraża bezpieczeństwu społeczności bezpaństwowców, skądinąd nie tak znów bardzo licznej.

Rewolucyjna eliminacja wypracowanych przez tysiąclecia i zdających egzamin w praktyce struktur państwowych, tylko dlatego że jednej czy drugiej grupie etnicznej nie udało się analogicznych struktur wytworzyć lub utrzymać w ciągu dziejów? Nie wydaje się, by mimo odebranego wykształcenia hrabia Ryszard przejawiał wystarczającą kindersztubę intelektualną. Jego Praktyczny idealizm sprawia raczej wrażenie niepraktycznej mrzonki, o znaczeniu ciekawostkowo-anegdotycznym, więc można by spuścić nań zasłonę miłosierdzia, gdyby nie fakt, że niektóre posunięcia komisariatu UE w ostatnich latach, mogły sprawiać wrażenie – na szczęście dość nieudolnej – próby realizacji tych księżycowych projektów, na które chętnie sypie groszem (to eufemizm) współczesny „rewolucjonista” społeczny i finansowy spekulant George Soros.

Chcą zabić prawdę i domknąć system

Swoją drogą, od metysażu, będącego konikiem Coudenhove-Kalergiego, priorytetem globalistów, przynajmniej chwilowo ważniejszym, wydaje się dążenie do zmniejszenia dzietności w tych rejonach świata, gdzie bytują tradycyjne społeczności i narody, które nadal chcą mieć „potomków jak gwiazd na niebie”… Co trochę zabawne, prorocy i wyznawcy przesłania o zrównoważonym rozwoju (cokolwiek by to miało znaczyć, prócz tego, że istnień ludzkich na Ziemi powinno być nie więcej niż 500 milionów!) do realizacji swych zamierzeń starają się użyć tej samej metody, która z gry o przetrwanie wyeliminowała Cesarstwo Rzymskie, a obecnie zagraża wymarciem białoskórych twórców cywilizacji euroatlantyckiej.

Na czym ta metoda polega? Mówiąc w skrócie: idzie o lenistwo i hedonizm, tj. o praktyczne przyzwolenie na wszelkie używki; idzie o rozwiązłość seksualną z najdzikszymi perwersjami włącznie; o prawo do arbitralnego zabijania nienarodzonych; o eliminację tradycyjnej rodziny, o zaburzenie tożsamości płciowej u dzieci. Ujmując rzecz inaczej: wystarczy wdrożyć konwencję ze Stambułu, upowszechnić studia gender, ustanowić tzw. prawo antydyskryminacyjne na uczelniach… Czyli zabić prawdę!

Czy hrabia Ryszard, który swoją teorię konwergencji ras hołubił blisko sto lat temu, to już wyłącznie egzotyka… Pewnie tak, tylko dlaczego w kraju do niedawna jeszcze etnicznie dość jednolitym w żurnalach modowych oraz katalogach firm odzieżowych (nawet tych z polskim kapitałem!) modele, skądinąd o niezłej prezencji, to przede wszystkim czarni, rzadziej śniadzi młodzieńcy, natomiast modelki bardzo często mają jednak jasną karnację?

(11 czerwca 2022)
Waldemar Żyszkiewicz

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz swój komentarz!
Proszę wpisać tutaj swoje imię

Powiązane artykuły

Pozostańmy w kontakcie

26,463FaniLubię
322SubskrybującySubskrybuj
- Reklama -spot_img

Najnowsze Artykuły

Aplikacja Mobilna

Install
×
Skip to content