12.8 C
Warszawa
piątek, 14 czerwca, 2024

Likwidować, by upadlać i wyzyskiwać – Artur Adamski

26,463FaniLubię

W swoich „Dziennikach” Stefan Kisielewski zawarł wspomnienie znamiennych wydarzeń Powstania Warszawskiego. Po zajęciu Starego Miasta Niemcy hektolitrami benzyny oblali zbiory zgromadzone w Pałacu Krasińskich. Stanowiła je najcenniejsza część Biblioteki Rzeczpospolitej – największego księgozbioru XVIII – wiecznej Europy, wywiezionej do Rosji po zniszczeniu Polski. Na mocy Traktatu Ryskiego od roku 1921 odzyskiwaliśmy zagrabione nam niezliczone skarby kultury (jednym z nich był np. stojący dziś przed Pałacem Prezydenckim pomnik księcia Józefa Poniatowskiego, po ukradzeniu przez Rosjan niemal sto lat zdobiący park w Petersburgu). We wrześniu 1944 unicestwianiu zbiorów zgromadzonych w Pałacu Krasińskich Niemcy poświęcili wyjątkowo dużo uwagi. Składały się one z rękopiśmiennych pamiętników, przez tysięcy polskich autorów spisywanych w XVII i XVIII wieku. Do Polski wróciły dopiero w roku 1938, stąd nie zdążono ich skopiować. Co zawierały – już się nie dowiemy. Jeśli nawet nie było wśród nich arcydzieł na miarę Jana Chryzostoma Paska to pełne być musiały faktów o naszych dziejach i kulturze . Pieczołowite oblewanie tych skarbów benzyną tak, by po podpaleniu pozostał z nich tylko popiół, bezpowrotnie odebrało nam część dziedzictwa polskiego państwa i narodu.

Kiedy Pałac Krasińskich zamienił się już w wielką kulę ognia analogiczna scena rozgrywała się przed Uniwersytetem i to przede wszystkim jej Kisielewski poświęcił szczegółowy opis. Teren stołecznej alma mater wykorzystywany był jako koszary SS, ale to nie siepacze z tej formacji oddali się orgii niszczenia. Wynoszeniem z archiwum pełnego najcenniejszych skarbów historii polskiego państwa i prawa zajmował się jakiś oddział wg autora „Dziennika” jakby „złożony z prawdziwych niemieckich inteligentów”. Ci, którzy z ukrycia to obserwowali, nie mieli wątpliwości, że dźwigający prastare księgi wiedzieli, z czym mają do czynienia. Niektórzy, robiący wrażenie uniwersyteckich profesorów, długo je oglądali a ich wzrok skupiany na kolejnych kartach zdradzał najprawdziwszy podziw, zdumienia i wręcz – fascynację. Wiedzieli, że trzymają w rękach dokumenty sprzed kilkuset lat, w których po raz pierwszy od czasów antycznego Rzymu pojawiały się pojęcia takie, jak „obywatel” czy „res publica” definiowana jako dobro wspólne a nie państwo będące prywatną własnością władcy. Prastare woluminy były też świadectwami takich praw nadanych chłopom przez Kazimierza Sprawiedliwego, do których większoś

- Autopromocja - KLIKNIJ NA GRAFIKĘ-

krajów Europy zaczęła dojrzewać dopiero po paru stuleciach. Inne dotyczyły sejmu, już w roku 1468 wybranego przez większą część mieszkańców kraju, niż to gros parlamentów praktykował w XIX wieku. A do tego prerogatywy miał on takie, do jakich większość dojrzała dopiero w XX . „Komando niemieckich inteligentów” skarby te długo oglądało a kiedy wypełniły już one całą szerokość Krakowskiego Przedmieścia w ruch poszły kanistry z benzyną. Świadectwa polskich dokonań o całe epoki dystansujących większość Europy – nie miały prawa istnieć.

Wraz z PRL – em przyszedł czas wychowywania pokoleń w szyderstwie ze „złudzeń polskiej wielkości” i „narodowej megalomanii”. Obowiązywała wykładnia, wg której to Związkowi Sowieckiemu mieliśmy zawdzięczać i wszelkie zdobycze sprawiedliwości społecznej i dobrobyt (rozumiany jako niskie ryzyko śmierci głodowej) i nawet własne biologiczne istnienie. Niewiele pod tym względem zmieniło się po roku 1989, od którego post – PRL – owski quasi – monopol medialny swą pedagogiką wstydu wtłaczał do polskich głów przekonanie, że ojczyzna nasza to „brzydka stara panna bez posagu” a my „lud niedorosły do demokracji”, którego przeszłość może budzić jedynie zażenowanie, politowanie i w której nie ma czegokolwiek szczytnego. I najściślej tak, jak instruują specjaliści od wojny psychologicznej, analogicznymi treściami wypełniono szkolne programy i podręczniki, filmopodobne wytwory kinematografii, dramatopodobne repertuary teatrów, treści telewizyjne czy ekspozycje muzealne. Bo rządzenie żadną masą nie jest tak łatwe i korzystne, jak masą przekonaną o swej nikłej wartości. Taką, jakiej da się wciskać ciemnotę nawet w tym rodzaju, że, Polska to „młoda demokracja” a Niemcy „wyższa kultura prawna”. Bo jak się Polakom odbierze wiedzę o ich historii to można ich zamienić w motłoch zalękniony „odrzuceniem przez Europę” i zestresowany tym, „co sobie o nas za granicą pomyślą”. Najlepiej, gdy motłoch jest przekonany, że jest z tych, co nigdy nic nie znaczyli, że jego ojcowie to tylko wiecznie pogardzani przez świat „ciemni gnębiciele mniejszości i mordercy Żydów”. Formowani takim przekazem przywyknąć mają do pokornego stosowania się do każdej dyrektywy i bicia pokłonów za byle garść funduszy strukturalnych, choćby ich większość delegowana była na to, co nawet psu na budę niepotrzebne, za to zawsze w lwiej części wracające na zewnątrz polskich granic.

Nieco prawdy o bezprecedensowym polskim dziedzictwie zaczęło się przebijać dopiero w ostatnich latach dzięki mrówczej pracy tych instytucji, które właśnie stawiane są w stan likwidacji. Póki to jeszcze możliwe czytam więc materiały ze stron Instytutu Dziedzictwa Myśli Narodowej, Instytutu De Republica i innych, których działalność ma być właśnie zamknięta i nadziwić się nie mogę skali naukowego i wydawniczego dorobku wypracowanego w bardzo krótkim przecież czasie. Wśród setek książek (z treścią wielu można się zapoznawać otwierając pliki PDF) mnóstwo jest takich, które (wraz z solidnym opracowaniem) są pierwszymi wznowieniami czasem po stu latach. Są wśród nich np. (także po angielsku!) prace Floriana Znanieckiego – wcześniejsze a lepsze od wszystkich znanych na całym świecie analiz systemów totalitarnych. Nie inaczej z pracami Feliksa Konecznego – dawniejszymi a skalą i jakością przerastającymi wszystko, co stworzył słynny Oswald Spengler. Okazuje się też, że nasz Władysław Reymont swoje nie mniej przenikliwe wizje świata przyszłości publikował pół wieku wcześniej, nim zajęli się tym Orwell, Huxley czy Zamiatin. Dla wielu odkryciem może być zawarta w tych publikacjach myśl polskiego ruchu narodowego. Wmawiano nam jego rzekomą prorosyjskość a zbiór przemówień Dmowskiego, wygłoszonych w Dumie, pełen jest takich np. słów rzucanych w twarz rosyjskim posłom: „Jedyne, co od was dostać można to wasze zdziczenie i azjatycka niewola!” Najbliższy jego współpracownik prof. Wincenty Lutosławski, okazuje się też być autorem fascynujących esejów oraz takiej oto definicji: „Polakiem jak najbardziej może być etniczny Murzyn, Indianin czy Azjata bez jednej polskiej kropli krwi w żyłach. Grunt, by utożsamiał się z polskością i szczerze Polsce chciał służyć”. I nie było to dla polskiego ruchu narodowego niczym wyjątkowym, bo wszyscy w nim znali choćby postać Władysława Jabłonowskiego – przez polskiego XVIII – wiecznego arystokratę uważanego za syna (choć ojcem biologicznym zapewne był lokaj pochodzący z Afryki). Ten czarnoskóry Polak ukończył (opłacane przez rodziców) studia w Paryżu, zasłużył się jako generał Legionów i cieszył powszechnym uznaniem jako polski patriota. Z książek wydanych przez instytut kierowany przez prof. Jana Żaryna dowiadujemy się też, że to właśnie narodowców okupanci eksterminowali wyjątkowo licznie oraz tego, że w Narodowych Siłach Zbrojnych, których historię zakłamuje się wyjątkowo podle, wielu dowódców powszechnie znano jako Polaków pochodzenia żydowskiego. Takie same były korzenie Leopolda Caro – genialnego ekonomisty, współtwórcy katolickiej nauki społecznej, być może ważniejszego z ideologów solidaryzmu od wszystkich, którzy za takich na świecie dziś uchodzą. A jego znakomite dzieła też mogliśmy poznać dopiero teraz, za sprawą wznowień pierwszych od kilkudziesięciu lat.

Likwidacja jedynych instytucji pracujących nad takim właśnie polskim dorobkiem to nic innego jak degradowanie pozycji Polski w świecie oraz wykreślanie z polskiej świadomości wielkiej części tego, co w naszym narodowym dziedzictwie najwspanialsze. Ten barbarzyński proceder wpisuje się w dążenia ku temu, by Polacy znów stawali się nieświadomą swej przeszłości masą łatwo poddającą się upokarzaniu i eksploatowaniu.

Artur Adamski

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz swój komentarz!
Proszę wpisać tutaj swoje imię

Powiązane artykuły

Pozostańmy w kontakcie

26,463FaniLubię
274SubskrybującySubskrybuj
- Reklama -spot_img

Najnowsze Artykuły

Skip to content