6,1 C
Warszawa
poniedziałek, 26 lutego, 2024

Maria Ludwika Bibro 1931 -2023 – Artur Adamski

26,463FaniLubię

Panią Marię poznałem w połowie lat osiemdziesiątych, kiedy to współpracownicy z wrocławskiej Solidarności Walczącej podali mi adres jej mieszkania jako miejsca, do którego miałem przyjeżdżać z plecakami wydawnictw i przeróżnych rzeczy służących konspiracyjnej działalności.

Po trzydziestu kilku latach wiele faktów trudno mi odtworzyć z całkowitą pewnością. Wiele też jednak zdarzeń, szczególnie tych zabawnych czy najbardziej serdecznych, w mojej pamięci nie zatrze się chyba nigdy. Adresu mieszkania, w którym bywałem przynajmniej kilkadziesiąt razy, już sobie nie przypomnę a i wtedy chodziłem do niego „na pamięć”. I mimo, że ostatnio byłem w nim w roku bodaj 1988, chyba trafiłbym do niego „bez pudła”. Do stacji Gdynia Główna Osobowa pociąg przywoził mnie najczęściej w godzinach, w których największa liczba przechodniów spieszyła do miejsc pracy i szkół. Rzadko korzystałem z autobusów czy taksówek, zwykle znaną mi, biegnącą w dół ulicą (której imienia też nie pamiętam) szedłem sobie oczywiście starając się dyskretnie zorientować, czy przypadkiem „nie ciągnę jakiegoś ogona”. Pamiętam, że skręcić należało obok sklepu z intrygującym dla szczura lądowego szyldem „Nautykwariat”, by po chwili wejść na rozległy plac, od jednej strony flankowany wzniesieniem zwieńczonym czteropiętrowym blokiem. To w nim mieszkali państwo Bibro a żeby do nich dotrzeć po drodze należało jeszcze wspiąć się po schodkach przecinających pochyły trawnik. Niestety – miejsce wyglądało na idealne do obserwacji, którą można było prowadzić z któregokolwiek z setek okien stojących wokół budynków czy z któregoś z dziesiątek samochodów, jakich zawsze pełen był nieodległy parking. Innej drogi jednak nie było a rzadko który konspirator miał przecież możliwość wyboru miejsca zamieszkania uwzględniającego potrzeby podziemnego rzemiosła. Dla wielu ich miejscem na ziemi była właśnie tego rodzaju „patelnia”.

- Autopromocja - KLIKNIJ NA GRAFIKĘ-
Pogrzeb Marii Bibro Foto:https://fundacja-pih.pl/pogrzeb-marii-bibro/
Pogrzeb Marii Bibro Foto:https://fundacja-pih.pl/pogrzeb-marii-bibro/

Do dziś bawi mnie wspomnienie pierwszej wizyty u państwa Bibro. Po naciśnięciu przycisku dzwonka drzwi uchyliły się z wyraźną nieufnością. W wąskiej szparze, dzielącej je od framugi, pojawiła się jedynie część głowy starszego mężczyzny. Badawczy wzrok wbijał we mnie przez ramki okularów wypełnione grubymi szkłami. Wyrecytowałem hasło o treści: „Jestem studentem Wyższej Szkoły Morskiej. Słyszałem, że jest u państwa pokój do wynajęcia począwszy od nowego roku akademickiego”. Zamiast odzewu usłyszałem ciche „O kurczę…” Równocześnie drzwi otwarły się na cała swoją szerokość. W tym momencie właściciel grubych okularów z wyrazem zakłopotania na uśmiechniętej twarzy drapał się po głowie a zmrużone oczy wbijając w sufit mamrotał: „No rzesz cholera… Jak to miało być…?” Nagle jakby go olśniło jakimś genialnym pomysłem i rozpromieniony stwierdził: „No nie przypomnę sobie, ale – to tu!” Oznajmieniu temu towarzyszył szeroki, zapraszający gest. Pomyślałem, że jeśli nawet to jakaś wsypa to szanse ucieczki i tak są raczej znikome. Starszy pan tymczasem już zamykał za mną drzwi i już kręcąc zamkiem zaczął się tłumaczyć z niezdolności odpowiedzenia umówionym odzewem: „No bo wie pan… skleroza… skleroza… A poza tym to tym wszystkim to przede wszystkim moja żona się zajmuje… Wróci za jakieś pół godziny. I jak zwykle nie wiem, czy ona zakupy czy jakiś papier do powielacza tym razem przyniesie. Bo to wie pan – ona ciągle takie rzeczy nosi i nosi…” W ten sposób poznałem męża pani Marii Bibro, który moment później smażył mi jajecznicę gawędząc o jajkach i innych wiktuałach, które on sam zwykle musi zdobywać bo, jak dodawał ze śmiechem: „Gdybyśmy na tym, co moja Marysia do domu przynosi polegali, to chyba byśmy tylko farbę drukarską i ulotki do jedzenia mieli”.

Tego pierwszego dnia pani Maria rzeczywiście wkrótce się pojawiła. Po tak wielu już latach wszystkie spotkania w jej domu zmieszały mi się w jedną całość. Zawsze były ogromnie ciepłe i serdeczne, często wiązały się z obecnością kogoś z gdyńskiej Solidarności Walczącej, zwykle też jej męża. Pamiętam też, że kiedyś zamiast pani Marii przyjmowała mnie jej córka, zdaje się zamierzająca wtedy z Polski wyemigrować. Trudno mi oszacować ilość tych spotkań i ściśle sprecyzować lata, w których miały miejsce. Pamiętam, że do państwa Bibrów docierałem zarówno w miesiącach letniej spiekoty, jak i podczas trzaskających mrozów. Na tyle często też bywałem tam z moją obecną żoną Grażyną, że obydwie zdołały się dość blisko poznać i przy kolejnych wizytach kontynuować wątki niedokończonych wcześniej rozmów. Dotyczyły one przede wszystkim polskiej i rodzinnej historii. Dowiedzieliśmy się wtedy, że pani Maria urodziła się w Warszawie, ale od najmłodszych lat mieszkała w Gdyni. Dowiadywałem się o bezwzględnym i błyskawicznym opróżnieniu całego miasta z wszystkich Polaków, których Niemcy spędzili do towarowych pociągów lub gnali przez Polskę pieszo. Część zamordowano od razu – na miejscu, w obozie Stutthof lub w lasach pod Piaśnicą. Opowiadała, że po wojnie znalazło się w niej mnóstwo ludzi wygnanych z północno – wschodnich ziem II Rzeczpospolitej. Mówiła, że w powojennym UB służyli między innymi Niemcy, w 1939 roku wprowadzeni do mieszkań wypędzonych Polaków. Oprawcy do niedawna niemieccy szybko znaleźli się na służbie nowego okupanta – w jakiejś mierze gdyńska ubecja składała się z niedawnych funkcjonariuszy Gestapo. Dowiedziałem się, że wielu tych niemiecko – sowieckich oprawców nadal w Gdyni mieszka i wraz ze swoimi dziećmi, poustawianymi na wysokich stanowiskach, ma się bardzo dobrze. Dużo wspomnień dotyczyło jej lat szkolnych. Było wśród nich np. takie: „Do liceum chodziłam w czasach stalinowskich. Wielu moich nauczycieli pochodziło z Wilna. I wyobraźcie sobie, że jeden z nich nie wahał się głośno do nas mówić: Wilno jest i będzie polskie!” Opowiadała też o Grudniu 1970, o szarżujących czołgach, tłumach w które karabiny maszynowe pruły zupełnie tak, jakby te komunistyczne bestie nie rozumiały, że to ludzie – matki, dzieci, ojcowie rodzin… Mówiła o pociągu kolei miejskiej, który jakiś czas stał na bocznicy kolejowej i można było zobaczyć jego dach podziurawiony jak sito, bo na stacji Gdynia – Stocznia strzelali też z helikoptera – i po ludziach i po wagonach. Osobą, o której zawsze wyrażała się z wielkim podziwem i wręcz uwielbieniem, była Anna Walentynowicz. Wiele lat później, w czasie którejś wizyty Anny Solidarność we Wrocławiu, wspomniałem jej o naszej znajomości z Marią Bibro. Odpowiedziała szerokim uśmiechem: „A opowiadała mi Marysia o takiej parce dzielnych studentów z Wrocławia! Do mnie też trafiało to, co jej przywozili!” To od pani Marii też dowiadywałem się o nie kończących się szykanach, wymierzonych w Annę Walentynowicz. O okolicznościach próby jej otrucia, o zastąpieniu jej sąsiadów zgrajami esbeków. O tym, że po którejś rewizji wyprowadzając ją z domu nie pozwolono zamknąć drzwi, skutkiem czego mieszkanie zostało splądrowane a sąsiedzi – esbecy rozkoszowali się potem szyderczymi spojrzeniami, kiedy na oczach właścicielki paradowali w swetrach ukradzionych Annie Walentynowicz. Od Marii Bibro dowiadywałem się też, że nieustannie szczuje na nią „ten Wałęsa niezdolny do myślenia o czymkolwiek więcej, niż o samym sobie, za to zdolny do wygłaszania bez drgnięcia powieki najpodlejszych oszczerstw”. To od Marii Bibro po raz pierwszy usłyszałem także zdania: „Wałęsa to agent bezpieki. On od samego początku posłusznie chodzi na ich smyczy, zawsze robi wszystko, co mu każą. Prędzej czy później wszyscy się o tym przekonają”.

Najczęściej jednak klimaty naszych spotkań dalekie były od martyrologicznych. Nieodłącznym ich momentem było otwarcie wersalki, po czym następował przeładunek zawartości naszych plecaków do pierzynowej skrzyni i wypełnianie ich tym, co mieliśmy przywieźć do Wrocławia. Którymś razem, zrządzeniem jakichś zmian w rozkładzie jazdy, dotarliśmy do Gdyni parę godzin wcześniej i spodziewając się, że państwo Bibrowie o tej porze jeszcze śpią, wczesne śniadanie zjedliśmy w otwartym chyba przez cała dobę dworcowym mlecznym barze. Potem tym, że nie chcieliśmy już jeść śniadania u pani Marii, była ona tak oburzona, że po spuszczonej nam „burze” podobnego zachowania nie ryzykowaliśmy nigdy więcej. Wiele razy też namawiała nas, żebyśmy spędzili u niej parę tygodni wakacji, bo „my tu mamy morze a w tamtym pokoiku możecie sobie mieszkać”.

Nasz kres współpracy z panią Marią był równie anegdotyczny, jak jej początek. Tuż przed którymś wyjazdem do Trójmiasta podany mi został zupełnie nowy adres i nowe hasło kontaktowe. Miejscem, do którego miałem od tego czasu przyjeżdżać była wielka willa przy ul. Wojska Polskiego w Gdańsku – Oliwie. Kiedy już spotkałem się w nim z działaczem gdyńskiej SW (po latach dowiedziałem się, że był to Bolek Siedlecki) opowiedział mi, co się wydarzyło. Parę dni wcześniej przez miasto przetoczyła się demonstracja, której rozmiar zaskoczył i ZOMO i samych jej organizatorów. Doszło do starć, w czasie których czoło marszu znalazło się w bezpośrednim sąsiedztwie właśnie tego bloku, w którym mieszkali państwo Bibro. W pewnym momencie kilku ludzi z flagami i transparentami musiało uciekać przed ścigającymi ich oddziałami milicji. Umykając przed nimi wpadli do bramy z klatką schodową, prowadzącą m.in. do mieszkania Marii Bibro. „Ktoś z nich znał jej adres a te transparenty mieli tak wielkie, że ledwie przez drzwi do jej mieszkania się z nimi wcisnęli. Cud Pański, że ZOMO jej tych drzwi nie wyrąbało” – relacjonował Bolek kręcąc głową – „No i skutkiem tego ten lokal do twoich odwiedzin już się nie nadaje…”

Wraz z końcem czasów konspiracji zaczęły się długie lata trudu wiązania końca z końcem i ciężkiego zawodu rzekomym przełomem, po którym ojczyzna często znajdowała się w rękach kreatur nie lepszych od dyktatorów PRL-u. Do wspomnień z lat osiemdziesiątych sięgało się rzadko, bo wraz z nimi wracała świadomość naszych ówczesnych marzeń o wolnej Polsce. Marzeń, które dla wielu dorywających się do władzy począwszy od nieszczęsnego 1989 roku miały wartość śmieci. Z wieloma poznanymi w czasach podziemia udało się ponownie spotkać dopiero po dziesięcioleciach. Po wielu, bez których podziemie w ogóle by nie mogło działać, ocalały zaledwie małe okruchy pamięci…

Artur Adamski

2 KOMENTARZE

  1. Już po napisaniu tego tekstu przypomiam sobie wiele kolejnych wątków tej historii. Tak to chyba z pamięcią jest, że jak się zacznie w niej szperać, to jednak powoli się z niej wydobywa jedno po drugim. Może więc kiedyś spiszę obszerniejsze wspomnienie.
    Od tylu lat zamierzałem panią Marię odiwedzić… No i już się nie uda…

  2. Pociąg z Wrocławia odjeżdżał zwykle krótko po północy. W Gdyni był między siódmą a ósmą, Powrotny był w południe. Z tym, co przywiozłem, docierałem do Krzyśka Zwierza „Wyroczni” bardzo póżnym wieczorem. Ileż ja się wtedy tymi pociągami najeżdziłem… No ale wszystko skończyło się dobrze. A nie musiało tak być. W książce pt. „Operacja Sycylia” jest mowa o kimś takim, jak ja, którego zwłoki znaleziono przy torach. Wyrzucony przez okno pociągu ściskał w martwych rękach wagonowe zasłonki z logo PKP…

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz swój komentarz!
Proszę wpisać tutaj swoje imię

Powiązane artykuły

Pozostańmy w kontakcie

26,463FaniLubię
273SubskrybującySubskrybuj
- Reklama -spot_img

Najnowsze Artykuły

Aplikacja Mobilna

Install
×
Skip to content