2 C
Warszawa
poniedziałek, 28 listopada, 2022

Lwowscy bibliofilscy Don Kichoci – Andrzej Manasterski

26,463FaniLubię

Wiesław Paweł Szymański (1932-2017) w eseju „Don Kichot i Sancho Pansa” pisał: Gdyby Ludzkość składała się jedynie z nas Maluczkich, niewiele byśmy różnili się od społeczeństwa termitów, na szczęście jest w niej zawsze pewna liczba Don Kichotów, których nie rozumiemy, którzy może nas zdenerwują, ale w konsekwencji zmuszają nas do pytania: czy czegoś w tym miejscu nie ma, skoro on taki wariat? Pomóc im nigdy nie pomożemy, bo nie rozumieją swojej funkcji i posłannictwa, to my z czasem dochodzimy do świadomości, że naszą ubogą, mikroproblemową rzeczywistość spinają jak pręty stalowe beton, pojęciami takimi jak: Człowiek, Dobro, Piękno, Nadzieja, Ludzkość. Pojęcia te podają nam hierarchię uniwersalistyczną, ponadczłowieczą, dlatego Bóg nie zostanie nigdy zagubiony wśród nas, pojedynczych ludzi.

Bibliofilscy Don Kichoci to szczególny rodzaj ludzkości. Nie dojedzą, nie dośpią, ale upragnioną książkę mieć muszą. A Lwów, a także inne nasze polskie miasta, które zostały za wschodnią granicą Polski, były szczególnymi ośrodkami narodzin polskiego ruchu bibliofilskiego. I za symbol tego szczególnego związku – Lwowa i bibliofilów, niech będą słowa pewnej strofy, jaka widniała za szybą Księgarni Polskiej, mieszczącej się we Lwowie przy placu Halickim nr 14: Tak więc na progu sklepu, / Co był jak skarbiec złoty, / Me pierwsze bibliofilskie / Rodziły się tęsknoty. / I w bujne, w życiotwórcze / Wiązały się zalążki, / Aż z nich dojrzała w owoc / Żarliwa miłość do książki. Kto był autorem tych słów, nie sposób dzisiaj już dojść. Może ten mały przykład twórczej inspiracji należał do właściciela księgarni Dominika Bartoszewicza, uczestnika powstania styczniowego i reemigranta z Paryża, który po powrocie do Lwowa pragnął dalej walczyć o polskość tej ziemi, tym razem za pomocą książki? Wśród wielu omawianych rzeczy odnoszących się do dawnych ziem wschodnich, ze Lwowem i innymi ośrodkami, znaczenie ruchu bibliofilskiego dla utrzymania polskości na tych terenach nie jest raczej podejmowane. A to przecież dzięki tym bibliofilskim Don Kichotom, takim jak Franciszek Jaworski, Franciszek Biesiadecki, Tadeusz Solski i wielu innych, Lwów był centrum promieniującym na ziemie Dawnej Rzeczypospolitej. Franciszek Jaworski, lwowski historyk, archiwista i publicysta, był zasłużonym „kustoszem pamięci”, który dla utrzymania pamięci o dziejach Lwowa i całych Kresów, w ciągu swego krótkiego, bo zaledwie 41-letniego życia, zebrał bogaty zbiór książek i pamiątek kresowych. Kiedy zmarł w 1914 roku, jego przyjaciel, redaktor „Kuriera Lwowskiego”, Bolesław Wysłouch wraz z Emilem Kipą i Mieczysławem Opałką, zabezpieczyli jego zbiory, by nie zostały rozproszone i zapomniane. Wśród wielu okazów, znalazło się sporo niesprzedanych egzemplarzy „Albumu pamiątek powstania styczniowego”, wydanego w 1913 roku we Lwowie. Było to szczególne wydanie – pierwsze pod zaborami, w 50. rocznicę wybuchu powstania, przy okazji wystawy zorganizowanej we Lwowie przez Jaworskiego. Dopiero po jego śmierci, niesprzedane egzemplarze trafiły do szerokiego obrotu księgarskiego, z których jeden egzemplarz znalazł się w moich rękach. Ale o tym przy innej okazji.

- Autopromocja - KLIKNIJ NA GRAFIKĘ-

Wśród pionierów lwowskiego ruchu bibliofilskiego naczelne miejsce należy się Franciszkowi Biesiadeckiemu. Był to człowiek czynu. Mało mówił, dużo robił z korzyścią dla spraw publicznych. W Rohatyniu w rynku kupił parcelę i ufundował Dom Towarzystwa Szkoły Ludowej. Był inicjatorem powstania muzeum regionalnego, a także wydawał własnym sumptem „Kroniki Powiatu Rohatyńskiego”. Dla upamiętnienia 500-lecia Rohatynia, sfinansował medal wybity w Mennicy Państwowej. A kiedy odkrył, że poeta polskiego renesansu Szymon Szymonowicz mieszkał przez kilka lat w Putiatyńcach w powiecie rohatyńskim, upamiętnił ten fakt, wydając do spółki z właścicielem dóbr ziemskich w Potiatyńcu, Klemensem Torosiewiczem, odę „Do Wacława Zamoyskiego”, którą poeta napisał w 1610 roku, w tej miejscowości. Wydanie z 1932 roku jest niezwykłością bibliofilską, rzadko spotykaną ze względu na niewielką ilość zachowanych egzemplarzy. Biesiadecki po wybuchu wojny nie chciał opuścić Lwowa. Był jednym tych Polaków, na których Sowieci wydali wyrok śmierci, zanim wkroczyli 17 września 1939 roku. Jako postać zasłużona dla polskiej kultury, dla regionu lwowskiego, był dla Sowietów szczególnie niebezpieczny. Aresztowany w kwietniu 1940 roku, został osadzony w więzieniu sowieckim przy ul. Łąckiego prowadzonym przez NKWD. Wywieziony do Konotopu w obwodzie sumskim na Ukrainie zmarł w lipcu 1941 roku. Wspomniany już kilkakrotnie Mieczysław Opałko, pisał: Nieznane są dotąd koleje dwóch czy trzech ostatnich lat życia Biesiadeckiego. To pewne, że były to lata zatrute smutkiem rozstania z rodziną i przyjaciółmi, nie ulega też wątpliwości, że zmarł Franciszek poza granicami kraju, podzieliwszy los tych wszystkich, którzy dostali na trumnę deski z takiego drzewa, co rosło daleko od ich ojczystego zagonu. Biesiadecki to postać wielce zasłużona dla narodzin polskiego ruchu bibliofilskiego w II Rzeczypospolitej. Zanim Polska odrodziła się po latach zaborów, w 1917 roku zainicjował wydawanie pierwszego pisma, poświęconego bibliofilstwu i związanym z nim znakom graficznym – ekslibrisom. Pismo powstało niejako na przekór dewizie inter arma silent musae, kiedy ludzkość była zajęta prowadzeniem wojny. Pismo znacząco przysłużyło się do powstania podobnych inicjatyw w Krakowie, Poznaniu, Zamościu, Lublinie, Łodzi, Kaliszu, Płocku. Zgromadzeni wokół niego lwowscy bibliofile, postanowili kontynuować spotkania, które odbywały się od drugiej połowy 1919 roku w każdy wtorek w Kawiarni Szkockiej. Uczestnikami spotkań byli Rudolf Mękicki, Mieczysław Opałko, Rudolf Kotula, Ludwik Bernacki i inni. Inicjatorem był Biesiadecki, który pomieszkiwał we Lwowie, albowiem jego dwór w Danilczu, leżący niedaleko Rohatynia w województwie stanisławowskim był mocno nadwerężony przez wojnę. Aby spotkania bibliofilskie nie były sporadyczne, postanowiono powołać do życia 14 marca 1925 roku Towarzystwo Miłośników Książki. Celem Towarzystwa było rozwijanie w społeczeństwie umiłowania książki, staranie o podniesienie estetycznego i technicznego poziomu wydawnictw, utrzymywanie kontaktów z polskimi i zagranicznymi towarzystwami bibliofilskimi. Członków towarzystwa nazywano Tomkami od inicjałów T.M.K. Pierwszym prezesem został Jan Kasprowicz. Ten zasłużony dla polskiej kultury poeta, tłumacz „Philobilonu”, który w swojej ulubionej Harendzie w Zakopanem zebrał doborową bibliotekę, nie cieszył się długo prezesurą. Zmarł w sierpniu 1926 roku, a na nowego prezesa wybrano Biesiadeckiego.

Okres dwudziestolecia międzywojennego był dla lwowskich miłośników książek obfity. Wraz z organizacją zjazdów bibliofilskich przygotowywano cykl spotkań, odczytów i publikacji. Dla podniesienia poziomu czytelnictwa na Kresach przejęto od rodziny Gubrynowiczów księgarnię, w której można było znaleźć pozycje z całej Polski, a na specjalne zamówienie także spoza granic Polski. W 1936 roku wygospodarowano dodatkową część dla potrzeb Antykwariatu Polskiego, którym kierował Aleksander Krawczyński. Tam znajdowały się publikacje dawnych wydawnictw i nowszych, których nie można było dostać w księgarniach. Miłośnicy dawnych książek „kłębili się w pobliżu antykwariatu, niczym pszczoły przy ulu”, jak pisano w miejscowej prasie lat 30. Wspomniany Krawczyński po wojnie trafił do Gdańska, przywożąc ze sobą, jak mówiono „wagon pełen książek”, ważący ponad 11 ton. Ten wielki miłośnik książki, zanim trafił do Lwowa, został oddelegowany przez macierzystą firmę wydawniczą Gebethner Wolf do Paryża w 1925 roku, by tam prowadzić „Księgarnię Polską”, która istnieje do dzisiejszego dnia.

W „Antykwariacie Polskim” można było spotkać także znawcę numizmatyki, twórcę ekslibrisów, Rudolfa Mękickiego. Był autorem dyplomów, medali, grafik książkowych itp., a wśród postaci, których obdarowywano pracami Mękickiego, byli politycy II RP, w tym prezydent Ignacy Mościcki, marszałek Edward Rydz- Śmigły i minister Józef Beck.

Nie sposób wymienić w tym miejscu całej znakomitej plejady bibliofilskich Don Kichotów ze Lwowa. Należy jednak o nich od czasu do czasu przypominać, „by czas nie zaćmił i niepamięć”.

Andrzej Manasterski

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz swój komentarz!
Proszę wpisać tutaj swoje imię

Powiązane artykuły

Pozostańmy w kontakcie

26,463FaniLubię
322SubskrybującySubskrybuj
- Reklama -spot_img

Najnowsze Artykuły

Aplikacja Mobilna

Install
×
Skip to content