10,5 C
Warszawa
wtorek, 4 października, 2022

Kocham polską prowincję! – Artur Adamski

26,463FaniLubię

Od wielu lat moje codzienne życie dzielę między Warszawę i Wrocław. Niestety – w swym demograficznym aspekcie stolica naszej ojczyzny ma bardzo niewiele wspólnego z bohaterskim dziedzictwem Warszawy insurekcyjnej, powstańczej, walczącej o polską niepodległość. Spadkobierców tej tradycji w największej metropolii naszego kraju jest jak na lekarstwo. Wrocław też od dziesięcioleci zdominowany jest przez pseudowartości skrajnie odległe, o ile nie całkowicie przeciwstawne, do spuścizny polskich Kresów, polskiego Śląska, Związku Polaków w Niemczech, mężnego stawiania oporu sowietyzacji czy dokonań Solidarności Walczącej. Od szeregu już dekad dolnośląską stolicą rządzą ludzie nie pojmujący, czym jest wrocławskość. Tożsamościowe rojenia w ich wykonaniu to w najlepszym razie ponura groteska, o ile nie upiorna brednia w rodzaju ogłaszanego światu kajania się Sutryka w imieniu polskiego Wrocławia za dokonane przed osiemdziesięciu laty niemieckie zbrodnie na Żydach. Taką to modę wykreowały postkomusze łże – elity potrafiące nie tylko nie pamiętać, że ofiarami tych samych zbrodni byli Polacy i że w najszerzej nawet rozumianym gronie katów ani jednego Polaka nie było. Dla nieszczęść takich, jak Sutryk, nie ma to znaczenia. Mimo więc tego, że to Polakami wypełniano obóz w Gross – Rosen część współczesnych Polaków przyuczono do tego, by jeszcze za to przepraszali.

Mentalny i moralny poziom stojących na czele władz Warszawy nie jest lepszy. W niej też na niemal każdym kroku spotkać można przejawy zbiorowego obłędu, polegającego na sakralizacji homoseksualizmu, kulcie aborcjonizmu, postkomunizmu i wszelkiego rodzaju lewackich wynaturzeń. A wszystko, co uchodzić ma za nowoczesność, europejskość, tolerancję i otwarcie na świat w rzeczywistości jest jedynie postawą rodziny Młodziaków, prześmiewczo opisaną w „Ferdydurke” Witolda Gombrowicza. Tak właśnie zachowują się najbardziej zakompleksieni prowincjusze z nieodrodną słomą w butach. Wstydzący się własnego pochodzenia, na gwałt pragnący być Europejczykami, niedouczeni choć posiadający dyplomy ukończenia różnych Wyższych Szkół Gotowania na Gazie lub nawet prawdziwych uczelni, które niestety coraz częściej płyną już z nurtem wyrażonym hasłami „Dyplom uczelni prawem każdego człowieka” a więc „W każdej wsi – WSI”.

- Autopromocja - KLIKNIJ NA GRAFIKĘ-

A prawdziwa polska prowincja, wraz z tymi jej mieszkańcami, którzy się jej nie wstydzą – jest inna. Być może polega to na tym, że to nie miasto, ale wieś, była kolebką prawdziwej polskiej inteligencji. XIX – wieczny inteligent był bowiem człowiekiem nie tylko wykształconym, oddanym swej społecznej służbie, ale też – niezależnym. Tę niezależność dawał mu często skromny, ale własny, od nikogo niezależny dochód. Trudno było być przecież niezależnym komuś, kto mógł przez swojego pracodawcę zostać zwolnionym z pracy. Każdy zatrudniony na etacie zawsze liczyć się musiał ze zdaniem swych przełożonych. A ten, kto był „na swoim” z niczyją opinią liczyć się nie musiał. Przed wiekami najbiedniejszy z chodaczkowych czy szaraczkowych ziemian wiedział, że „szlachcic na zagrodzie – równy wojewodzie”. Może nie miał wiele, ale słuchać nie musiał nikogo. Na Mazowszu czy Żmudzi – szlachcicem był co czwarty. A chłopi na często niewiele od siebie bogatszych ziemian patrzyli i brali z nich przykład. To z tej przyczyny nie mamy w Polsce kulturowego modelu chłopa, którego dałoby się porównać z chłopem z Rosji, Czech czy Niemiec. Najwybitniejsza z badaczek tego fenomenu, pani profesor Maria Ossowska stwierdziła jasno, że polski chłop to kulturowo ktoś na wzór szlachcica. I wie to każdy, kto czytał „Chłopów” Władysława Reymonta. Bo czyż Paczesiowie czy Borynowie zachowują się jak wieśniacy np. z Rusi? Absolutnie nie! Nasi chłopi to ludzie świadomi swej wartości, wiedzący co to godność a przy tym – zanurzeni w tradycji. Jak ci z „Wesela” Wyspiańskiego wiedzący, że oni „żywią i bronią” i że „z takich jak oni – był Głowacki!”

Kilka dni temu opuściłem wielkie miasta i wyruszyłem nad polski Bałtyk. Zostawiłem za sobą ulice z murami pomazanymi bezdenną głupotą tzw. „strajków kobiet”, blokowiska z demonstracyjnie wywieszonymi w oknach tęczowymi flagami, kioski z gazecinami redagowanymi przez resortowe dzieci i innych ubeków z dziada – pradziada. Przejeżdżając przez wioski mijałem za to niezliczone znaki patriotyzmu, narodowej tożsamości i wiary w Boga. Zamiast z żałosną popeliną neobolszewickich popłuczyn obcować więc zacząłem z wartościami prawdziwymi. Bo tak, jak parę pokoleń wcześniej – to wieś ciągle jest ostoją prawdziwej niezależności. Czyli tego, co tak bardzo konstytutywne jest dla Polski i całej jej narodowej tradycji. Tej prawdziwej polskości najwięcej jest dzisiaj na polskiej prowincji. Dlatego właśnie – kocham polską prowincję!

Artur Adamski

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz swój komentarz!
Proszę wpisać tutaj swoje imię

Powiązane artykuły

Pozostańmy w kontakcie

26,463FaniLubię
322SubskrybującySubskrybuj
- Reklama -spot_img

Najnowsze Artykuły

Aplikacja Mobilna

Install
×
Skip to content