24.8 C
Warszawa
poniedziałek, 17 czerwca, 2024

Odróżniać przedstawienie od rzeczywistej gry – Artur Adamski

26,463FaniLubię

Tragedię ojczyzny spychanej w polityczny niebyt Maurycy Mochnacki opisywał słowami: „Polska nie zginie brakami obywatelstwa i cnoty, nie zginie brakami męstwa i środków materialnych, ale zginie terroryzmem nierozumu”. Słowa te pochodzą sprzed dwóch stuleci, ale dotyczą nie tylko przypadłości ciągle w naszym społeczeństwie obecnej, ale też procesu na naszym kontynencie permanentnego.

Od wieków zmagają się ze sobą dwie koncepcje europejskiego ładu. Jedna, od kongresu w mieście tym w roku 1815 zwołanego zwana „wiedeńską”, polega na zredukowaniu liczby państw wchłanianych przez imperia. Porządek taki powoduje, że na mapie Europy Polski nie ma wcale, albo jest jedynie kraikiem zdominowanym przez któreś z mocarstw. Po Kongresie Wiedeńskim ład taki istniał prawie sto lat a o tym, jak bardzo wielu się podobał świadczy nazywanie go od pewnego momentu „Belle Epocque” (piękną epoką). Konstrukcja ta runęła wraz z wybuchem I wojny światowej, po której wyłoniła się nowa, za sprawą miejsca kolejnej konferencji zwana „wersalską”. Znalazło się w niej miejsce dla państw narodowych, włącznie z Polską, Funlandią, Czechosłowacją, Litwą, Łotwą, Estonią. Niemcy i Rosja (w tamtym czasie bolszewicka) do ładu tego były jednak nastawione tak wrogo, że już po dwudziestu latach wspólnie go przekreśliły rozpoczynając II wojnę światową. Ta zakończyła się zwycięstwem koalicji amerykańsko – brytyjskiej oraz bolszewickiej Rosji (przez dwa pierwsze lata wojny podbojów dokonywała wespół z Hitlerem, ale doszło do odwrócenia tego sojuszu). Efektem był porządek nieco podobny do wiedeńskiego, zwany jałtańsko – poczdamskim. Oznaczał on zniknięcie w 1945 części państw a większość formalnie istniejących w centrum i na południu kontynentu znalazło się w imperium rosyjskim (jak kto woli – sowieckim). Niewydolność modelu gospodarczego, narzucony przez prezydenta USA Reagana wyścig zbrojeń, wojna afgańska, rozsadzanie imperium polską irredentą w 1989 doprowadziły do przynajmniej częściowego rozkładu porządku jałtańsko – poczdamskiego. Wielu ma w Europie miejsce pozwalające najbardziej radykalne zmiany geopolitycznych konstelacji przetrwać jak u Pana Boga za piecem. A my jesteśmy tu, gdzie każdy unik wymaga mistrzostwa ekwilibrystyki. Bez tego jest się tu gruchotanym jak nigdzie indziej.

- Autopromocja - KLIKNIJ NA GRAFIKĘ-
Traktat wersalski z podpisami przywódców Wspólnoty Narodów, w tym Jana Smutsa i Louisa Bothy z Republiki Południowej Afryki Dostawca: PAP/DPA Treaty of Versailles with signatures of commonwealth leaders including Jan Smuts and louis Botha of South Africa Dostawca: PAP/DPA

Świadomość toczenia się europejskiej historii powyżej zarysowanym cyklem rodzić w nas powinna dwa pytania. Pierwsze: czy znane nam do bólu wielkie tendencje oraz ich dynamika wygasły? Dowodami na to, że na pewno nie, jest dziś zarówno wojna na Ukrainie, jak i dążenie Niemiec do przekształcenia Unii Europejskiej w superpaństwo. Polska znajduje się dokładnie pośrodku obydwu tych procesów. Oko jednego z tych politycznych cyklonów mamy tuż za wschodnią a drugiego za zachodnią naszą granicą. Najbardziej pożądanym celem naszego politycznego myślenia powinny być odpowiedzi na pytanie, co dla nas by oznaczało powodzenie dążeń jednego i drugiego z naszych ambitnych sąsiadów. Skutki ewentualnej klęski Ukrainy są oczywiste – na całej wschodniej granicy od razu mielibyśmy niebezpiecznego agresora. A co by z Polską było, gdyby udało się zmusić Unię Europejską do przekształcenia się w superpaństwo? Jedno wiadomo na pewno – mielibyśmy wszystkie znane nam z UE radykalne programy gospodarcze i ustrojowe, ale podniesione do sześcianu wraz z tempem ich wdrażania włączonym na wyższy bieg.

Aby za wiele nie teoretyzować zauważę tylko, że jak dotąd każda próba urzeczywistnienia utopii kończyła się tragedią. A każdy niemiecki projekt geopolityczny największymi z wojen, przy czym na jakąkolwiek niemiecką autorefleksję nie ma co liczyć. To nie Niemcy poniosły największe koszty zarówno pierwszej, jak i drugiej wojny. Żadnej z nich dostatecznie nie odpokutowały, za żadną swym głównym ofiarom nie zadośćuczyniły, żadnej mentalnie nie przepracowały. Od umysłów naszych zachodnich sąsiadów trudno też wiele wymagać, gdyż zbiorki miłych dla niemieckiego ucha opowiastek, szumnie zwanych tam lekcjami historii, nie mają wiele związku z nauką noszącą tę samą nazwę. W RFN nawet prezydent tego kraju potrafi nie wiedzieć, że było coś takiego, jak Powstanie Warszawskie (vide Roman Herzog, profesor prawa, wykładowca uniwersytecki!). My od Niemców mądrzejsi być po prostu musimy, bo to przede wszystkim my płacimy za kolejne niemieckie szaleństwa.

W czasach Mochanckiego swą „Paralelę dziejów Polski i Hiszpanii” pisał Joachim Lelewel. Zauważył on, że obydwa kraje miały stulecia wielkości, po których nastąpił ich głęboki kryzys. Ze swojego Polska zaczęła się dźwigać szybciej i na paru obszarach stawać się wręcz liderem ówczesnego świata. W przeciwieństwie do Hiszpanii (czy podobnie pogrążającej się wówczas Szwecji) my jednak mieliśmy za sąsiadów dwie zaborcze satrapie a na dodatek trzecią, ledwie kilka dekad wcześniej przez nas samych uratowaną przed jej przekształceniem w turecki kalifat. Takie zaś położenie wymaga politycznego rozumu, jaki nigdy nie był niezbędny mieszkańcom Brytanii, Iberii, Skandynawii. Czy też samym Niemcom, nigdy nie posiadającym żadnych groźnych sąsiadów i jeśli już mającym u siebie jakąś wojnę to tylko taką, jaką sami na siebie sprowadzili. Pisząc o wyzwaniach permanentnie stających przez Polakami Mochnacki zauważał więc, że nie brak nam materialnych zasobów, bo potrafimy nasz kraj czynić bogatym, nie brakuje też Polakom postaw obywatelskich, czy kiedy trzeba – bohaterskich. Tym jednak, czego zawsze musimy mieć dużo więcej, jest polityczny rozum, potrafiący dostrzegać prawdziwy bieg rzeczy i rzeczywiste zagrożenia. Mochnacki ubolewał, że w XVIII wieku najpierw zapanowało przekonanie, iż jeśli sami na innych nie nastajemy to i żadna moc zewnętrzna nie jest nam groźna. Potem ówcześni Polacy za dobrą monetę brali traktaty zawierane z Rosją, w których na trzy słowa dwa mówiły o wieczystej przyjaźni. A kiedy ornament pięknie brzmiących idei okazał się być narzędziem zniewolenia wielu uchwyciło z pozoru przyjazną dłoń Prusaków, oferujących obronny sojusz. Wszystko zakończyło się sztyletami wbijanymi w nas przez jednych i drugich. Błąd Polaków polegał wtedy na dostrzeganiu mydlącego oczy przedstawienia a niedostrzeganiu rzeczywistej gry.

J41XPX Maurycy Mochnacki Dostawca: PAP/Alamy Data nieznana.

Czy aby na pewno świat od czasów Mochnackiego zmienił się na tyle, by zbędną się stała umiejętność odróżniania pozłoty pięknych słów od ich rzeczywistych celów? I czy budowa superpaństwa, przedstawianego jako wspólny europejski dom, finalnie nie okaże się kolejnym wariantem więzienia narodów? Pilne słuchanie tego, co mówią, to za mało. Musimy umieć deszyfrować słowa, rozpoznawać prawdziwe intencje, czyny postrzegać wraz z ich prawdziwą genezą, by nie zaskoczyły nas ich następstwa. Jeśli nie posiądziemy sztuki odróżniania widowiska od rzeczywistej gry to grę tę przegramy.

Artur Adamski

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz swój komentarz!
Proszę wpisać tutaj swoje imię

Powiązane artykuły

Pozostańmy w kontakcie

26,463FaniLubię
274SubskrybującySubskrybuj
- Reklama -spot_img

Najnowsze Artykuły

Skip to content