9.2 C
Warszawa
środa, 20 maja, 2026
Strona głównaFelietonCZY DO POLSKI WRACA „PŁONĄCA GRANICA”?

CZY DO POLSKI WRACA „PŁONĄCA GRANICA”?

Data publikacji

spot_img

Pożary – coraz częstsze, coraz większe i groźniejsze, włącznie z tym z Krakowa, gdzie z rozszczelnionego gazociągu buchnęły płomienie wysokości dziesięciopiętrowego bloku. Wysadzenie torów, co mogło spowodować katastrofę kolejową z ogromną ilością ofiar. Zerwanie długiego odcina trakcji kolejowej, powodujące zagrożenie i paraliżujące komunikację między kilkoma miastami i powiatami. Kto zna historię ten wie, co i czyje metody to przypomina.

Natychmiast po klęsce bolszewików, w prowadzonej przeciw Polsce wojnie z lat 1919 – 1921 do bardzo podobnych wydarzeń zaczęło dochodzić we wschodnich województwach Rzeczpospolitej. Bolszewicy aż do zawarcia sojuszu z Hitlerem i wspólnego z nim ataku na Polskę w roku 1939 nie odważyli się rozpocząć kolejnej otwartej wojny z Polską. Rozpoczęli jednak wojnę innego rodzaju, najczęściej zwaną „płonącą granicą”. Polegało to na permanentnym wdzieraniem się na polskie terytorium oddziałów dywersyjnych. Ich członkowie byli odziani w ubrania cywilne, co w przypadku ich schwytania uniemożliwiało potraktowanie tych ataków jako aktów państwowej agresji. Podobną metodę znamy z niedawnych lat, gdy na Ukrainie pojawiały się rosyjskie „zielone ludziki”. O czym sam Putin mówił oficjalnie, że „przecież taki mundur bez insygniów każdy na straganie w każdym kraju może sobie kupić”. W latach dwudziestych oddziały takie potrafiły pojawić się nawet 40 – 50 kilometrów od granicy, by zaatakować, splądrować i spalić ziemiański dwór, zwykle zabijając wszystkich jego mieszkańców. Bolszewickie gazety wydarzenia takie nagłaśniały potem na cały świat jako rzekomy „ruch rewolucyjny wynikły z ucisku klasowego w burżuazyjnej Polsce”. Tereny leśne i słabość kresowej policji umożliwiały bandyckim sowieckim oddziałom wycofanie się, często połączone z kolejnymi atakami – na urzędy pocztowe czy posterunki. Bywały dni, w których na polskim terytorium dochodziło do kilkudziesięciu podobnych akcji równocześnie. Zabijano w nich polskich urzędników, policjantów, nauczycieli. Bywało, że płonęły ratusze małych miasteczek, ale najczęściej dwory, dworki i gospodarstwa bogatszych chłopów. Bolszewickiej agenturze udało się też dla swoich celów zwerbować całkiem niemało marginesu społecznego, rekrutującego się głównie z mniejszości narodowych – ukraińskiej, białoruskiej, żydowskiej. Oczywiście – mieli też do dyspozycji komunistów i innych płatnych bandytów do wynajęcia.

W ostatnich latach mieliśmy już bardzo groźne cyberataki, włącznie z powodującymi parodniowy paraliż transportu kolejowego (pamiętam jeden z takich dni – na dworcach tablice informacyjne pokazywały krańcowe nonsensy, ekspres z Warszawy do Wrocławia docierał po kilkunastu godzinach). Potem uruchomiono plagę podpaleń. Ostatnie wysadzenie torów kolejowych nie jest pierwszym przypadkiem tego rodzaju. Przeprowadzać takie akcje łatwo, bo dywersantów pozyskiwać można z marginesu społecznego czy z obcokrajowców, których przybliżonej nawet liczby nikt nie potrafi ustalić. Kwalifikacji do takich zamachów nie trzeba mieć żadnych. W wielu krajach (na Bliskim Wschodzie, ale nie tylko) zwykle przeprowadzane są one tak, że ktoś podrzuca niewinnie wyglądający ładunek a detonacji dokonuje czasem dosłownie kilkuletnie dziecko. Wie ono jedynie tyle, że w jakiejś sytuacji (np. gdy pojawi się pociąg czy inny pojazd) ma tylko nacisnąć wskazany wcześniej guziczek w telefonie komórkowym. Sprawy nie ułatwia to, że mamy w Polsce sądy, które niedawno np. uwolniły, po wpłaceniu 12 tysięcy złotych grzywny, Ukrainkę u której znaleziono bombę przeznaczoną do wysadzenie gazociągu. Jeśli konsekwencje za uczestnictwo w przygotowywanej zbrodni są tak żadne – to są one tylko i wyłącznie zachętą do przyjmowania pieniędzy za podkładanie kolejnych ładunków. Reżim Tuska rozpętał też taką histerię wokół sprawy „Pegasusa”, że o pomoc w skorzystaniu z podobnego oprogramowania zmuszony by teraz poprosić służby czeskie. A służby polskie – zajmują się przede wszystkim prześladowaniem opozycji a nie troską o bezpieczeństwo Polski i Polaków. Przy czym dużą część zagrożeń wyeliminować bardzo łatwo. Integralność wszystkich torów kolejowych kontrolować może prosty elektroniczny system, który zaalarmuje natychmiast, gdy tylko którykolwiek, najmniejszy nawet fragmencik torów zostałby uszkodzony. I od razu byłoby wiadomo, w którym miejscu do tego zdarzenia doszło, co umożliwiłoby natychmiastową obławę na sprawców. Nie wyeliminujemy dostatecznie wszystkich zagrożeń, ale bardzo wiele jak najbardziej można. I to za małe pieniądze i w krótkim czasie. Trzeba tylko chcieć. Obecnie rządzący Polską znani są jednak między innymi z tego, że chce im się bardzo mało. Vide minister finansów, którego nie ożywiła narastająca katastrofa budżetu, ale dopiero okazja własnego udziału w uwięzieniu jednego z politycznych przeciwników. Jak mówi stare przysłowie – „gdy kot śpi – myszy harcują”. Póki więc rządzić Polską będą krańcowi nieudacznicy niezainteresowani sprawami Polski i Polaków – spodziewać się możemy eskalacji zagrożeń na miarę „płonącej granicy” z pierwszej połowy lat dwudziestych XX wieku. Tyle, że teraz terenem tej wojny może być cała Polska a wylatywać w powietrze mogą nie tylko pociągi i gazociągi, ale całe mnóstwo innych składników infrastruktury. Powszechne zastraszenie, chaos, pauperyzacja, liczne ofiary w ludziach to prosta recepta na wykończenie Polski przy ponoszeniu minimalnych kosztów finansowych i politycznyvh. Sto lat temu te same państwo prowadziło przeciw Polsce atak dokładnie takiego samego rodzaju. Jak jednak poradzono sobie wtedy z poprzednią „płonącą granicą”?

Zaczęto od osadnictwa wojskowego. Na ówczesnym pograniczu było dużo gruntów rolnych należących do skarbu państwa, które przydzielano weteranom polskich walk o niepodległość. Zwykle zaczynali oni od prostego, ale skutecznego ufortyfikowania swych domostw, praktykowanego na dalekich Kresach już przed wiekami. Polegało to na wzniesieniu w pewnym oddaleniu od domu czterech drewnianych wież. W przypadku zagrożenia osoba pełniąca straż wszczynała alarm, wraz z którym nawet w środku nocy wszyscy zdolni do noszenia broni (nie wyłączając kobiet i dziewcząt) zajmowali stanowiska na wieżach. A że wszyscy potrafili świetnie strzelać – szybko potrafili ukatrupić większość nawet stuosobowego tatarskiego czambułu. A tych, którzy uszli z życiem – dogonić konnym pościgiem i powywieszać na przydrożnych drzewach celem poinformowania o przyszłym losie potencjalnych następnych agresorów. Na początku lat dwudziestych XX wieku też na polsko – bolszewickim pograniczy zamieszkały rodziny, z których każda potrafiła się błyskawicznie sformować w oddział nieustraszony i bardzo groźny. Tajemnicą poliszynela jest przyzwolenie polskich władz na przeprowadzanie akcji odwetowych. Jeśli jakaś sowiecka banda zdołała się wedrzeć na polskie terytorium i narobić szkód – parę dni później bolszewicy dostawali u siebie łupnia i to zwykle wielekroć potężniejszego. Wielu osadników wojskowych było bowiem żołnierzami klasy najlepszych komandosów. Potrafili oni na terenie Rosji bolszewickiej podejść pod jakieś koszary NKWD, bezszelestnie wyeliminować strażników i dokonać odpłaty w postaci masakry kacapskiego bandziorstwa. W odwecie za napady na dwory i komisariaty – wylatywały w powietrze i płonęły ruskie domy partii, siedziby milicji i innych bolszewickich władz. Oficjalnie – nikt się do tego nie przyznawał. Ale Sowieci zaczynali rozumieć, że sami muszą pilnować swojego terytorium, zamiast wyprawiać się na polskie. W 1924 roku obrona polskich granic miała już postać linii odgrodzonej solidnym płotem, wzdłuż którego prowadziła drogą łącząca gęsto porozstawiane wartownie. Obsadzone one były przez Korpus Ochrony Pogranicza – formację budzącą w sowieckich bandziorach prawdziwy lęk. Z wielu relacji wynika, że bolszewiccy strażnicy na widok ludzi z KOP – u dosłownie uciekali lub szukali ukrycia. Zwyczajem strażników polskich granic było bowiem ćwiczenie celności w rzucaniu kamieniami w kierunku ruchomych celów. A miotać potrafili na odległości zdumiewająco duże i prawie zawsze trafiali.

Sto lat temu z zagrożeniem rodzaju podobnego do dzisiejszego Polska potrafiła więc nie tylko poradzić sobie doskonale, skutecznie przy tym nauczając przeciwników odpowiedniego respektu. A czy my, stając przed analogicznym wyzwaniem, będziemy godni swych ojców i dziadków?

Artur Adamski

Najnowsze

HANNA ŁUKOWSKA KARNIEJ

Oprócz Kornela Morawieckiego, można wskazać co najmniej kilka osób jako współzałożycieli organizacji niepodległościowej „Solidarność...

81 LAT TEMU ZAKOŃCZYŁA SIĘ DRUGA WOJNA ŚWIATOWA

Rzeczywistość, jaka wyłoniła się wraz z końcem najstraszliwszej z wojen to temat ogromnie złożony....

ARKADIUSZ TADEUSZ DOBRZYNIECKI 1966 – 2026

Wszyscy mówili o nim „Arkady”. Nie najczęstsze zdrobnienie imienia „Arkadiusz” wynikało może ze skojarzenia...

ROBERT KRAUZ

Po kilkunastu latach przyznawania działaczom i bliskim współpracownikom organizacji Krzyża Solidarności Walczącej pojawiły się...

Powiązane

ARKADIUSZ TADEUSZ DOBRZYNIECKI 1966 – 2026

Wszyscy mówili o nim „Arkady”. Nie najczęstsze zdrobnienie imienia „Arkadiusz” wynikało może ze skojarzenia...

ROBERT KRAUZ

Po kilkunastu latach przyznawania działaczom i bliskim współpracownikom organizacji Krzyża Solidarności Walczącej pojawiły się...

SZOKUJĄCY LIST EPISKOPATU CZYLI DIABEŁEK W AKCJI

W pamiętającym czasy średniowiecza kościele św. Wawrzyńca na wrocławskim Jerzmanowie zachował się kiedyś powszechny...
Przejdź do treści