12.8 C
Warszawa
środa, 13 maja, 2026
Strona głównaPolska i ŚwiatNIE KOŃCZĄCE SIĘ BZDURY O POWSTANIU WARSZAWSKIM

NIE KOŃCZĄCE SIĘ BZDURY O POWSTANIU WARSZAWSKIM

Data publikacji

spot_img

Nie kończąca się debata nad wydarzeniem wielkim i związanym z przerażającą skalą ofiar – to oczywistość. Zarówno jednak od jednoznacznych zwolenników czynu zbrojnego, podjętego sierpnia 1944, jak i jego zapiekłych przeciwników, mamy prawo oczekiwać wiedzy na poziomie choćby elementarnym. A także choć odrobiny zdolności rozumowania logicznego oraz – przynajmniej szczypty przyzwoitości.

Powstanie Warszawskie to temat bardzo złożony, do oceny – nie tak łatwy. I może stąd właśnie wynika, że tak wielu daje dowody tego, iż temat ten intelektualnie i moralnie ich przerasta. Taki np. Stanisław Tyszka swą oceną gorzej, niż prostacką, krańcowo wręcz trywialną i najzwyczajniej głupią dowiódł dobitnie, że dla osobnika jego formatu – to temat stanowczo zbyt skomplikowany. Jak widać można skończyć kilka kierunków studiów, pracować na wyższej uczelni, zasiadać w prezydium Sejmu i Europarlamencie i przynajmniej na niektóre tematy nie mieć do powiedzenia – literalnie nic. A pomimo tego – „pchać się na afisz” wraz ze swoją paplaniną skleconą wyłącznie z nikczemnych andronów.

W latach siedemdziesiątych, kiedy najstraszliwsze z ran po wykrwawionej Warszawie jeszcze się nie zabliźniły (pomimo kolosalnych inwestycji i napływu kolejnych setek tysięcy stolicy daleko było przedwojennego ludnościowego rozmiaru) a Polacy mieli za sobą trzy dziesięciolecia huraganowej krytyki Powstania – profesor Henryk Zieliński przeprowadził ciekawy eksperyment. Wartość tego eksperymentu była też o tyle znacząca, że miał on miejsce w Instytucie Historii Uniwersytetu Wrocławskiego w czasach, w których studia historyczne oznaczały przyswajanie wiedzy w jakości i rozmiarach dużo lepszych, niż to bywa dzisiaj. Studentom czwartego roku profesor Zieliński (zresztą członek PZPR, tzw. „uczciwy partyjny”, daleki od bezkrytycznej afirmacji zbrojnej walki AK w roku 1944) rozdał kartki z jednym pytaniem. Brzmiało ono: „Jesteś generałem Tadeuszem „Borem” Komorowskim. Jest koniec lipca 1944. Czy ogłaszasz „Godzinę W”? Ludzie, którym zadawał to pytanie, świetnie znali wszystkie „za i przeciw”. Doskonale znali wszystkie konteksty i okoliczności i oczywiście – skutki decyzji podjętej przez „Bora”. Wszyscy, często bardzo wiele razy, wcześniej temat wnikliwie analizowali, dyskutowali o nim, często – toczyli długotrwałe spory. W kilkudziesięcioosobowej grupie dobrze znających temat było mniej więcej tyle samo kobiet i mężczyzn. Wynik testu: Oprócz jednej dziewczyny (należącej do Świadków Jehowy) wszyscy na zadane przez profesora pytanie odpowiedzieli: TAK.

Jakie przyczyny mogły stać za tym, że osoby w najwyższym stopniu świadome tego, jak zakończyło się Powstanie Warszawskie, decyzję o jego rozpoczęciu uznały za słuszną? Bez wątpienia pogląd ten był skutkiem odpowiedzi na pytanie, które każdy zdolny do myślenia postawić sobie – musiał. Czyli na pytanie o to, jakie skutki przyniosłoby nie wydanie rozkazu rozpoczęcia walki w Warszawie w sierpniu 1944. A odpowiedź na to pytanie jest taka, że brak rozkazu rozpoczęcia powstania i tak nie zapobiegłby skutkom o skali katastrofalnej. Można jedynie spierać się o to, która katastrofa byłaby większa – czy ta, do której rzeczywiście doszło, czy też ta, jaką zakończyłoby się niewydanie rozkazu o „Godzinie W”. Proponuję krótki opis kilku wariantów biegu wydarzeń. Któryś – musiałby się zrealizować.

Pierwszy – powstanie nie wybucha, w związku z czym Niemcy postanawiają wykorzystać Warszawę jako twierdzę zatrzymującą lub spowalniającą marsz Armii Czerwonej. Jest to o tyle wysoce prawdopodobne, że w ostatnich dniach lipca Niemcy zażądali od mieszkających w Warszawie mężczyzn stawienia się do wielkich prac o charakterze budowlanym. O cóż innego mogło im chodzić, jeśli nie o kopanie okopów, rowów przeciwczołgowych, budowanie zapór i bunkrów? Podobnego manewru Niemcy chwycili się w wielu miastach. Dla białoruskiego Mińska zakończyło się to porównywalnymi z Warszawą stratami w ludziach i nie mniejszymi – w tkance miejskiej. Jako twierdze Niemcy wykorzystywali też miasta z terenu Trzeciej Rzeszy i zamieszkane przede wszystkim przez Niemców. Dla wszystkich – skończyło się to katastrofą, podzieleniem losu Warszawy. Wrocław, którego ludność skutkiem wypełnienia więźniami i uchodźcami, pod koniec roku 1944 liczył ponad milion mieszkańców. Prowadzenie w nim walki spowodowało śmierć co najmniej osiemdziesięciu tysięcy ludności cywilnej (może być, że znacznie więcej, trudno o precyzyjne liczby zamarzniętych w czasie zimowej ewakuacji) a skala zniszczeń w zabudowie była podobna do warszawskiej.

Drugi wariant – zamiast powstania pod komendą AK dochodzi do tego powstania, do jakiego w lipcu warszawiaków wzywały polskojęzyczne stacje radiowe nadające z Moskwy. Skutkiem tego powstanie ma mniejszą skalę. Biorą w nim udział prosowieckie oddziały Armii Ludowej, część mieszkańców miasta a może też grupy młodych, zbuntowanych akowców. Taki rozwój wypadków skończyć się mógł na dwa sposoby. W pierwszym Niemcy opanowują sytuację w ciągu góra kilku dni, po czym całe miasto traktują tak, jak w pierwszych dniach sierpnia potraktowali ludność Woli. Efekt – wyrżnięcie zdecydowanej większości mieszkańców miasta oraz argument w rękach Stalina, że „całe to AK to jedynie grupka kolaborantów Hitlera a w sensie wojskowym – całkowita fikcja”. Mogło się to też jednak skończyć i tak, że to ludzie z AL -u, PPR -u, wspomagani przez sowieckich komandosów kluczowe punkty Warszawy opanowują i natychmiast otrzymają wsparcie Armii Czerwonej. Efekt: skuteczne „udowodnienie światu”, że „AK to kolaboranci Hitlera”. Skutkiem czego bez słowa sprzeciwu ze strony aliantów – wszyscy związani z Polskim Państwem Podziemnym wywożeni są na Sybir. I nie upomina się o nich – nikt.

Trzeci wariant – ani nie wybucha powstanie ani Niemcy nie zamieniają Warszawy w twierdzę. W efekcie miasto zajmuje Armia Czerwona, ale od razu zaczyna rozprawę z Armią Krajową. Bo „nie walczy, więc jest agenturą Hitlera”. Bez sprzeciwu ze strony aliantów zachodnich wszyscy związani z AK zostają albo zamordowani, albo zapakowani w pociągi i wywiezieni na Syberię. Akowcy nie walczyli, czym uwiarygodnili wersję Stalina, wg którego byli poplecznikami Hitlera, w związku z czym nikt się o nich nie upomina.

Tylko ostatni z tych trzech wariantów daje szansę uniknięcia katastrofalnych strat w cywilnej ludności miasta i w jego substancji. Dla państwa polskiego – też byłby on katastrofą. Być może przy takim biegu wypadków Stalin zdecydowałby o włączeniu Polski do Związku Sowieckiego w charakterze kolejnej sowieckiej republiki?

O korzyściach, jakie Polska odniosła z dwumiesięcznej walki na ulicach stolicy, trudno jest mówić precyzyjnie. Pod wpływem takiego a nie innego biegu zdarzeń duża część decyzji w sprawie przyszłego losu Polski zapadała w głowie Stalina. Trudno więc operować dostateczną ilością namacalnych faktów. Wiele przesłanek pozwala jednak na stawianie wniosków. Niestety nie niepodważalnych, ale wysoce uzasadnionych i po prostu – bardzo logicznych. Pierwszy jest taki, że w obliczu skali akcji zbrojnej w Warszawie Stalin mógł zweryfikować część planów w stosunku do Polski. Wiemy, że mawia potem, iż „wprowadzanie komunizmu w Polsce jest niczym siodłanie krowy”. Komunizm był oczywiście w Polsce wprowadzony i to metodami tak brutalnymi, że życiem za owe wprowadzanie zapłaciło sto a może i ponad sto pięćdziesiąt tysięcy ludzi. Ostatecznie cofnięto się jednak przed całkowitym zniszczeniem Kościoła i indywidualnych gospodarstw rolnych. Niewykluczone, że to właśnie świadomość skali potencjalnego polskiego oporu, takiej na miarę Powstania Warszawskiego sprawiła, że Stalin nie posunął się w Polsce do metod ludobójczych o rozmiarze największym. Z kolei podjęte po wybuchu Powstania decyzje Stalina o jeszcze dalszym przesunięciu polskiej granicy zachodniej – najprawdopodobniej motywowane były dążeniem do jeszcze większego, długotrwałego skonfliktowania Polski z Niemcami, do wywołania w Polakach poczucia jeszcze większego zagrożenia niemieckim odwetem i tym samym – do wejścia w rolę jeszcze bardziej potrzebnego Polakom gwaranta ich bytu. To po wybuchu Powstania Warszawskiego Stalin uparł się, że południowy odcinek zachodniej polskiej granicy biegł będzie po linii Nysy Łużyckiej. A nie – Nysy Kłodzkiej. Wynikła z tego różnica to ponad połowa Dolnego Śląska, całość a nie jedynie wschodnie dzielnice Wrocławia w obrębie polskiego państwa. Nie inaczej – z fragmentem wyspy Uznam, z wyspą Wolin, ze Szczecinem i Świnoujściem. Wcześniej – mówiło się po prostu o granicy na Odrze. Czyli – bez Polic, Świnoujścia, bez większej części Szczecina. A dla okrojonej o połowę Polski były to nabytki o znaczeniu egzystencjalnym. Jest wielce prawdopodobnym, iż rekompensaty te zawdzięczamy właśnie temu, że po wielkiej bitwie Powstania Warszawskiego Stalin wyszedł z założenia, że dając Polsce więcej na zachodzie – będzie miał z Polakami trochę więcej spokoju.

„Za zabitą Warszawę Niemcy Polsce zapłacą Wrocławiem” – taki pogląd od jesieni 1944 wyrażany był w niemal wszystkich polskich partiach politycznych. I z urzeczywistnienia takiej właśnie idei skorzystali ci, którzy przystąpili do odbudowy Polski w jej postaci narzuconej przez Stalina.

Studenci profesora Henryka Zielińskiego wiedzieli, że nawet jeśli generał Tadeusz „Bór” Komorowski nie ogłosiłby „Godziny W” – do potwornych strat w Warszawie i tak by doszło. Wysoce prawdopodobnym było – że mogłyby one być jeszcze większe. Czy mogły być mniejsze? Zasadniczo mniejsze – raczej nie… A jak potraktowani zostaliby wszyscy w jakikolwiek sposób związani ze sprawą polskiej niepodległości, którym stokroć łatwiej byłoby wtedy przyprawić gębę niemieckich kolaborantów?

Jeden w tych rozważaniach wniosek jest do podważenia wręcz niemożliwy. Taki, że gdyby nie wybuch Powstania Warszawskiego, to od osiemdziesięciu lat zajmowalibyśmy się pluciem sobie w brodę, że „mogliśmy wtedy niepodległość uratować a nawet nie zdecydowaliśmy się z szansy takiej spróbować skorzystać”. Bez wątpienia też nie dyskutowalibyśmy o tym ani w Wałbrzychu ani w Legnicy, Jeleniej Górze czy w okolicach wrocławskiego Rynku. Bo gdyby nie Powstanie Warszawskie – ta część Polski wręcz na pewno – do Polski by nie należała.

Artur Adamski

Najnowsze

HANNA ŁUKOWSKA KARNIEJ

Oprócz Kornela Morawieckiego, można wskazać co najmniej kilka osób jako współzałożycieli organizacji niepodległościowej „Solidarność...

81 LAT TEMU ZAKOŃCZYŁA SIĘ DRUGA WOJNA ŚWIATOWA

Rzeczywistość, jaka wyłoniła się wraz z końcem najstraszliwszej z wojen to temat ogromnie złożony....

ARKADIUSZ TADEUSZ DOBRZYNIECKI 1966 – 2026

Wszyscy mówili o nim „Arkady”. Nie najczęstsze zdrobnienie imienia „Arkadiusz” wynikało może ze skojarzenia...

ROBERT KRAUZ

Po kilkunastu latach przyznawania działaczom i bliskim współpracownikom organizacji Krzyża Solidarności Walczącej pojawiły się...

Powiązane

81 LAT TEMU ZAKOŃCZYŁA SIĘ DRUGA WOJNA ŚWIATOWA

Rzeczywistość, jaka wyłoniła się wraz z końcem najstraszliwszej z wojen to temat ogromnie złożony....

WROCŁAWSKA SZTUKA MARNOWANIA SWOICH SZANS

Wpadła mi w ręce obszerna publikacja, która przypomniała mi wydarzenia, nad którymi ubolewałem dziewięć...

MAJOR ADAM TRYBUS – ZAPOMNIANY WIELKI WROCŁAWIANIN

Pani redaktor Maria Woś, nieoceniona nestorka Polskiego Radia Wrocław, w jednym ze swoich ostatnich...
Przejdź do treści