27.2 C
Warszawa
poniedziałek, 27 maja, 2024

Czy Polacy mają co świętować 4 czerwca? – Artur Adamski

26,463FaniLubię

Na jaką ocenę zasługują radujący się z dostąpienia prawa udziału w wyborczej farsie, w której zwycięstwo z góry zagwarantowano reżimowi zainstalowanemu przez obce mocarstwo? I co sądzić o „przedstawicielach narodu” rzucających się do ratowania chwiejącej się przewagi rzeczników obcego Polsce interesu metodami na rympał, rodem z bolszewickiego arsenału pogardy dla wszelkich standardów prawa, o jakimkolwiek szacunku dla woli wyborców nawet nie wspominając? Ledwie dzień po „historycznym” 4 czerwca 1989 miliony Polaków przekonały się przecież, że ich wybór jest bez znaczenia a liczy się jedynie to, by PZPR miał w żaden sposób niezagrożoną większość poselskich mandatów. Celem zagwarantowania takiej i żadnej innej większości zdecydowano się na kolejną hucpę, następne z serii urągowisk demokracji. I dokonano zmiany ordynacji wyborczej – natychmiast, w trakcie trwania tychże wyborów. A zaraz potem parlament szczycący się udziałem „strony solidarnościowej” na prezydenta Polski wybrał sowiecką marionetkę, która osiem lat wcześniej wypowiedziała Polsce wojnę. Tę samą, która dowodząc armią z polskimi orłami na sztandarach na rozkaz Moskwy rozjeżdżała czołgami wyrywającą się ku wolności Czechosłowację czy wołających o chleb robotników Wybrzeża.

Jeśli ktoś już musi świętować rocznice upadlania i moralnego wykolejania polskiej zbiorowości to bliższy prawdy byłby wybierając daty nieco inne. Prawdziwe wybory odbyły się bowiem wcześniej. Dokonali ich komuniści przerażeni wizją swego nieuchronnego końca – wyłaniając usłużnych partnerów do zbudowania niezbędnej im tratwy ratunkowej. Okazało się, że wybrańcy ci zbudowali im nie tylko tratwę, ale też podstawę pod trony, na których parę lat później ciż sami komuniści zasiąść mogli jako wyniesieni do władzy drogą wyborów już prawdziwie demokratycznych. Przekonać się nam też przyszło, że konstruktorzy tratwy dla „właścicieli Polski Ludowej”, wyposażyli ją także w nadzwyczaj komfortową katapultę, wynoszącą do niedostępnej wszystkim innym sfery całkowitej bezkarności i bogactwa. Ryszard Bugaj ten manewr reżimu i kręgów z nim zbratanych zilustrował metaforą: „wdrapali się do raju i wciągnęli za sobą drabinę”. Odpowiedzią na powody takich czy innych przywilejów bowiem bywało: „Ten pan nie jest zwykłym Jasiem Kowalskim” a dowodem rzekomych menedżerskich talentów partyjnych towarzyszy miały być rankingi milionerów, na których ci bez rodowodu nomenklaturowego stanowili epizodyczne wyjątki potwierdzające ogólną regułę. Równocześnie miliony zrozpaczonych, wypędzanych z opylanych za bezcen fabryk, stanowiących źródło utrzymania milionów rodzin, smagano szyderstwami o „nieprzystosowalnych do transformacji, zsowietyzowanych sierotach po komunizmie”. Po tym samym komunizmie, w zmaganiach z którym rzesze wyrzucanych na bruk narażały się walcząc o wspólną wolność i na własnych plecach wynosząc tych, którzy wraz z komunistami dobili potem własnych interesów.

- Autopromocja - KLIKNIJ NA GRAFIKĘ-

Pomimo oczywistej nikczemności formuły „wyborów częściowo wolnych” wielu szlachetnych ludzi dostrzegło w nich szansę wykonania kroku przybliżającego ojczyznę do odzyskania wolności. Wydarzenia toczyły się jednak torami prędzej czy później większość prawych spychającymi na margines. Beneficjenci przemian bez reszty wyzyskali też bezprzykładną ufność, cierpliwość i wprost nieopisaną zdolność Polaków do ponoszenia ogromnych ofiar. Całe pokolenia deklarowały przecież gotowość zniesienia każdej nędzy, byle tylko ojczyznę uwolnić od tyranii. Była więc ówczesna Polska światowym rekordzistą kapitału społecznego – bezbrzeżnej i niezachwianej wiary mas w intencje tych, w ręce których przekazały władzę. Widząc dziś ulice Paryża można mieć pewność, że gdyby społeczeństwu Francji zaaplikować choć promil tego szoku, jakiemu po wyborach z 1989 roku poddano Polaków, pierwszego dnia nad Sekwaną spłonęłyby wszystkie rządowe gmachy i na żadne zmiłowanie nie mogliby też liczyć ich dysponenci. W Polsce upokarzająca gorycz zawodu doprowadziła jedynie do tego, że dla większości obojętnym się stało, czy prezydentem będzie TW Bolek czy TW Olek a rząd sformuje ta czy inna strona tego samego okrągłego stołu.

Cóż więc znaczyły owe czerwcowe wybory? Całkowita wolność gospodarcza przywrócona została przecież już w roku poprzednim, kiedy to skala uwłaszczenia nomenklatury nagrabionej na narodowym majątku miała już rozmiar niemożliwy do pomieszczenia w żadnej PRL – owskiej formule. Z wdrożonego w 1988 roku systemu wolnorynkowego skorzystali też jednak zwykli Polacy, błyskawicznie uruchamiający miliony mikroprzedsiębiorstw (aktywność tę zdławiono natychmiast, gdy tylko zaczęła być konkurencją dla nakradzionej postkomuny). Wydarzenia roku 1989 w dużej mierze były też odwrotnością roku 1980, w którym to nasz kraj był koryfeuszem wolności całego moskiewskiego obozu. W 1990 Polska należała do ostatnich, w których nie odbyły się jeszcze wolne wybory. Z lidera pochodu wolności wyniesieni do władzy stoczyli ją do poziomu niemal nieznanych już skansenów, w których na pełnych obrotach nadal działała cenzura a sądownictwo pozostawało skamieliną nie muśniętą choćby jedną personalną zmianą. Kiedy głową państwa czechosłowackiego od roku był już Vaclaw Havel u nas postkolonialne standardy ugruntowywał Jaruzelski. Jako jedni z ostatnich żegnaliśmy się też z totalitarnymi służbami specjalnymi a długo oczekiwana zmiana w tym zakresie polegała na przyznaniu siepaczom reżimu nie tylko przywileju nietykalności, ale i uposażeń stanowiących wielokrotność dochodów przeciętnego Polaka. Wymyślił ktoś kiedyś moralnemu ładowi państwa oraz etycznemu formowaniu młodych pokoleń cokolwiek mogącego służyć bardziej zabójczo od bizantyjskiego nagradzania siepaczy reżimu pilnującego obcych interesów przy równoczesnym strącaniu w nędzę ludzi dla ojczyzny zasłużonych, spracowanych, zawsze dobru wspólnemu oddanych?

Nie brak oczywiście podsuwanych nam przed oczy statystyk mających dowodzić, jaki to wielki sukces osiągnięty został po rzekomym przełomie, symbolizowanym wyborami z czerwca 1989. Uczciwiej byłoby pamiętać i o skali wyrządzonych krzywd a także o tym, że w całej polskiej historii, wyjąwszy lata wojen, nigdy tak wielu Polaków jedyną dla siebie przyszłość widzieć zaczęła na obczyźnie i ziemię ojczystą zdecydowało się opuścić. Nie sposób też nie wspomnieć, że dokładnie trzy lata po wyborach z 4 czerwca 1989 wszystkim nieotumanionym przekazem ówczesnego medialnego quasi – monopolu krew w żyłach zmroził widok sejmowej większości, głosującej za obecnością wśród kierujących państwem osób zidentyfikowanych jako narzędzia służb powołanych do stania straży interesów wrogich Polsce i Polakom. Taka okazała się być twarz „elit” bytu szumnie zwanego Trzecią Rzeczpospolitą, wypoczwarzonego ze zbratania się sowieckich namiestników z gotowymi iść z nimi na każdy kompromis.

Artur Adamski

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz swój komentarz!
Proszę wpisać tutaj swoje imię

Powiązane artykuły

Pozostańmy w kontakcie

26,463FaniLubię
274SubskrybującySubskrybuj
- Reklama -spot_img

Najnowsze Artykuły

Skip to content