26.9 C
Warszawa
poniedziałek, 27 maja, 2024

Unia – coraz mniej szans, coraz więcej obaw – Artur Adamski

26,463FaniLubię

Weszliśmy w dwudziesty rok członkostwa w Unii Europejskiej. Wiele zdaje się wskazywać na to, że jak dotąd plusy przynależności przeważają nad minusami. Nikt nie sporządził jednak bilansu na tyle rzetelnego, żeby w sprawie tej można było mieć całkowitą pewność. Polska usiana została tablicami głoszącymi, że ta czy inna inwestycja powstała z udziałem funduszy UE, ale analogicznych tablic nie stawia się w miejscach, z których zniknęły zakłady i składniki infrastruktury zlikwidowane w ramach procesu dostosowawczego czy skutkiem niespełniania unijnych norm – przeróżnych i często budzących wątpliwości. Czy da ktoś głowę za to, których tablic byłoby więcej?

Pomimo upływu lat zapomnieć trudno o paśmie upokorzeń, zafundowanych nam na drodze do „wspólnego europejskiego domu”. Klaus Bachmann zasłynął przeznaczoną dla nas księgą „Którędy do Europy?”, samym tytułem sugerującą, że nie wiemy gdzie to jest i przypominający władców jego kraju nazywających nas nieszczęsnymi Irokezami, albo jeszcze gorzej. Władysław Bartoszewski też skorzystał z okazji zapisania się w historii światowej dyplomacji przedstawianiem swojego państwa jako brzydkiej starej panny bez posagu. Słyszał ktoś wcześniej o ministrze spraw zagranicznym tak pozycjonującym własną ojczyznę? Mentalne przysposabianie nas do członkostwa w UE swój finał miało w słynnym telewizyjnym spocie, przedstawiającym szarą ludzką masę oddzieloną szlabanem, uniesienie którego oznaczać dla niej miało dostąpienie łaski rzędu uchwycenia pięt Pana Boga. I tacy do Unii wchodziliśmy – przekonywani o swej znikomej wartości, z pracowicie uformowanymi kompleksami krańcowo niedorzecznymi, ale przynoszącymi potem skutek w całych seriach rodzimych eurodeputowanych nie tylko zawsze godzących się na wszystko, ale dołączających ochoczo do nagonek na Polskę, wszczynanych ilekroć próbuje ona stanąć w obronie swej podmiotowości.

- Autopromocja - KLIKNIJ NA GRAFIKĘ-

Opowiadając się za przynależnością wielu z nas kierowało się nie tylko nadzieją lepszego poziomu życia, ale też przekonaniem, że nasze miejsce jest wśród narodów tej samej zachodniej kultury. Tym większym szokiem było później zderzenie z powtarzanymi w niekończących się mantrach „unijnymi wartościami”, z rzeczywistą europejskością związek mającymi wątpliwy i służącymi jedynie za poręczną maczugę do wymuszania czyichś partykularnych interesów. Szybko przyszło się nam też przekonać, że Unia, w swym imieniu posługująca się nazwą kontynentu, konsekwentnie odrzuca wszystko, co jest imienia tego najważniejszą treścią. A brukselski Dom Historii Europejskiej, wzorem sprawców wszystkiego, co w przeszłości najbardziej upiorne, chrześcijański fundament Zachodu zalicza do czynników zbędnych, zasługujących na odrzucenie. Prawdziwą grozą też powiało, gdy najważniejszy z unijnych urzędników w niemieckim Trewirze osobiście odsłonił wielki pomnik jednego z architektów komunistycznego ludobójstwa.

Jan Paweł II wiele razy podkreślał, że częścią Europy Polska jest od zarania swoich dziejów i stwierdzał, że sama Europa Polski potrzebuje. A pod adresem Francji kierował pytania o to, jak dopuszczać może do zatracania najważniejszego ze składników swego dziedzictwa. Od tamtego czasu coraz bardziej zasadne jest pytanie, ile w ogóle prawdziwej Europy jest jeszcze w Unii Europejskiej? Z bytem znanym nam w czasach naszej akcesji wspólnego ma ona coraz mniej. A celem, dla którego przede wszystkim zaistniał zamysł europejskiej integracji, był przecież równoprawny ład mający uniemożliwić imperialną recydywę Niemiec. O tym, jak chwiejna jest reguła równych praw, wiemy co najmniej od czasu francuskich planów „Unii dwóch prędkości”. A o obowiązywaniu zasady, w myśl której Niemcom wolno więcej, dowiedzieliśmy się też ostatnio od europosła Lewandowskiego. I doświadczamy kolejnej zasady – takiej, że na nie dość pokornego kij zawsze się znajdzie. Przekonaliśmy się, jak szeroki i jak daleki od elementarnych reguł jest wachlarz różnorakich kar, co wraz ze wstrzymywanie należnych środków oznacza wyzbywanie się kolejnych atrybutów niezależności za korzyści coraz bardziej iluzoryczne. Za to coraz bardziej zasadne jest pytanie o przyszłość gospodarek o konkurencyjności konsekwentnie zabijanej pomysłami w rodzaju pakietów klimatycznych. I wreszcie pytania najbardziej fundamentalne: o generalny efekt zgubnych tendencji, czy możliwe jest ich powstrzymanie a jeżeli nie to czy aby, wraz z całą wspólnotą, nie zaczniemy się wkrótce osuwać w kierunku prawdziwej katastrofy?

Zawsze najlepiej rokuje ten model polityki, w którym każdy wykonywany krok oznacza zajęcie pozycji najdalszej od bezalternatywnego „koziego rogu”. Najmniej niebezpieczeństw i najwięcej korzyści jest bowiem w miejscach dających możliwość wykonania ruchu w co najmniej dwóch różnych kierunkach. Unia Europejska to przecież ani żadna ojczyzna ani jakikolwiek sojusz, w którym trwanie byłoby sprawą honoru czy racją stanu. W wewnętrzne sprawy krajów członkowskich UE integruje głębiej, niż większość innych międzynarodowych organizacji, ale nie jest ona jeszcze niczym od nich zasadniczo innym. Jej członkiem być więc należy tak długo, jak długo przynależność ta jest opłacalna i na przyszłość dobrze rokująca. Nie tylko warto, lecz wręcz trzeba być przygotowanym do sytuacji, w której zarówno bilans zysków i strat, jak i perspektywy dalszego uczestnictwa zaczęłyby jednoznacznie przemawiać za decyzją o rozstaniu.

Artur Adamski

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz swój komentarz!
Proszę wpisać tutaj swoje imię

Powiązane artykuły

Pozostańmy w kontakcie

26,463FaniLubię
274SubskrybującySubskrybuj
- Reklama -spot_img

Najnowsze Artykuły

Skip to content