3,9 C
Warszawa
niedziela, 25 lutego, 2024

Kornelu, brak ciebie jest ogromny…

26,463FaniLubię

Nieobecność wśród nas postaci założyciela Solidarności Walczącej, w związku z wydarzeniami będącymi następstwem jego braku, skłaniają do refleksji nad rolą, jaką może odgrywać naprawdę wybitna jednostka.

W naukach historycznych niezmiennie dominuje dziś różnej maści mentalny pomiot Marksów, Stalinów i innych wyznawców bolszewickiej dykteryjki Majakowskiego, wg której „Jednostka niczym, jednostka zerem”. Nie brak nam też oczywiście mitotwórców w rodzaju Andrzeja Friszke, uparcie lansujących krańcowe zera na rzekomych opatrznościowych mężów stanu. Rozsądniej brzmią pełne goryczy słowa historiografów niemieckich ubolewających np. nad tym, że „Śląsk dostał się Polsce, bo nie mieliśmy tam nikogo o formacie Korfantego”. W przeciwieństwie też do bolszewików, zdolnych do rozumkowania jedynie kategoriami mas i klas, warto zastanowić się nad spostrzeżeniami Stanisława Cata – Mackiewicza ubolewającego nad niezbyt szczęśliwym pojawieniem się równocześnie osobowości tak potężnych, jak Piłsudski i Dmowski. Czy prawdziwie nieszczęśliwym brakiem takich gigantów w innych krytycznych momentach polskich dziejów.

- Autopromocja - KLIKNIJ NA GRAFIKĘ-

Antagonizmy, do jakich w ostatnim czasie dochodzi w środowisku niegdysiejszych działaczy Solidarności Walczącej, przypominają mi pytanie, jakie stawiałem sobie już przed paroma dziesięcioleciami. I znajduję w nich potwierdzenie słuszności wniosku, do jakiego doszedłem już w latach osiemdziesiątych. Wniosku, którego trafności byłem pewien zawsze i który dziś tym bardziej jest dla mnie niemożliwą do podważenia oczywistością. Pytanie, pojawiające się w mojej głowie w trudnych latach konspiracyjnych zmagań z prosowieckim reżimem dotyczyło fenomenu spoistości Solidarności Walczącej. Od połowy lat siedemdziesiątych, kiedy to formować się zaczęły różne kręgi opozycji, wszystkie one przecież podlegały nieustannemu procesowi erozji. Przeróżne konflikty rozsadzały Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela. Ledwie powstał KOR – oddaliła się od niego duża grupa najważniejszych jego założycieli. Starczyło parę lat, by z KPN -u odeszła większość jego czołowych działaczy, tworzących potem PPN. PPS – ledwie powstał a już występował w dwóch zwalczających się frakcjach. A ileż mutacji, koterii, towarzystw wzajemnej adoracji i najzwyklejszych grup interesu wykwitło w zdelegalizowanej Solidarności! Ktoś zna jakieś wyjątki od tej reguły? Bo przykładami procesów podobnych do już wymienionych sypać mógłbym jeszcze długo. Ja znam wyjątek jeden. Była nim najbardziej zwalczana organizacja niepodległościowego i antykomunistycznego podziemia. Jedyna formacja, przeciwko której szef komunistycznego aparatu terroru wydał decyzję „użycia wszystkich sił i środków”. W zwalczaniu której satrapia Jaruzelskiego zdecydowała się posiłkować organami KGB i STASI. Zwalczana jednostkami specjalnymi i metodami dezintegracji, do jakich nie sięgano przeciw nikomu innemu. Tym celem bezprecedensowych, permanentnych ataków była Solidarność Walcząca.

Mój skromny udział w tej organizacji polegał m.in. na pełnieniu roli kuriera. Dzięki temu miałem wówczas możliwość spotykania się ze stosunkowo dużą liczbą ludzi podziemia, co sprzyjało wymianie poglądów na przeróżne tematy. I tak np. w Trójmieście bywałem zaskakiwany oracjami na temat „zachowawczości oddziału poznańskiego”. A działacze SW z Górnego Śląska wyglądali mi na szczerze zaniepokojonych gdy mówili, że „ci nasi narwańcy znad morza naprawdę są gotowi strzelać”. Bezlik podobnych rozmów zasiewał w mojej głowie pytanie o to, jakim cudem te wszystkie „rogate charaktery” przez tak długie lata potrafią tak efektywnie i wytrwale funkcjonować w jednej i tej samej organizacji. Którymś razem, gdy z plecakami bibuły wróciłem z jednego z „podziemnych centrów emocji”, swoimi obawami podzieliłem się z Jasią i Maćkiem Dziubańskimi. Oboje, prowadzący wówczas jedno z ogniw kolportażu, odpowiedziało szerokimi uśmiechami pełnymi zrozumienia a zarazem spokoju. I z przekonaniem kiwając głowami powiedzieli niemal równocześnie: „Kornel ich wszystkich pogodzi…” Zdziwiło mnie to, zaskoczyło. Trudno mi było uwierzyć, że może ktoś mieć tak wielką moc integrowania, zjednywania i godzenia z sobą ludzi. Do tego ktoś ukrywający się a stojący na czele organizacji uchodzącej za radykalną. Czyli – nie zrzeszającej „łagodnych baranków”. Z czasem przychodziło mi się przekonywać, że Jasia i Maciek, współpracujący z Kornelem już przez całe, poprzedzające stan wojenny lata, mieli całkowitą rację. Kiedy bowiem sam zacząłem się spotykać z Kornelem przekonałem się, jak on potrafił ludzi słuchać. I jak bardzo zawsze stara się wszystkich rozumieć. Nigdy też niczego nie nakazywał, lecz pytał: „czy dasz radę?” I wszystkim, co robił, uczył odróżniania spraw błahych od naprawdę ważnych. Wiele razy przekonałem się, że z Kornelem można stoczyć całonocną awanturę, w czasie której padną mocne słowa, efektem będzie jeszcze większe okopanie się obydwu stron na „pozycjach wyjściowych”, lecz mimo tego nadal będzie się można cieszyć jego szczerą przyjaźnią. I że finałem wielogodzinnej zażartej polemiki będzie jego szeroki uśmiech i troska o to, czy adwersarz wyczerpany swą argumentacją nie zgłodniał. Czyli także wspólne zjedzenie np. jedynego znalezionego w lodówce jajka lub „lecza na winie”, czyli sporządzonego z tego, co się nawinęło pod rękę.

Nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że swą zaprzeczającą wszelkiej logice spoistość Solidarność Walcząca zawdzięczała osobie jej założyciela i przewodniczącego. Przez całe lata najzacieklej tropionemu przez „wszystkie służby widne tajne i dwu – płciowe” i na przekór temu spotykającego się z tysiącami ludzi podziemia. By wysłuchać, zrozumieć, zażegnać konflikty, pojednać.

Dziś, kiedy bywam świadkiem ostentacyjnego obrażania się lub skakania sobie do oczu bez żadnego uzasadniającego to powodu tym boleśniej odczuwam to, jak straszliwie nam Kornela brakuje. I bezgraniczna jest moja wdzięczność za to, że po wybuchu wojny jaruzelsko – polskiej ktoś właśnie taki, tak niezrównany w godzeniu i jednaniu wśród Polaków się pojawił. I niczego nie ujmując setkom bohaterów tej organizacji tak samo bezgraniczna jest moja pewność, że bez Kornela Morawieckiego żadnej Solidarności Walczącej w ogóle by nie było.

Artur Adamski

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz swój komentarz!
Proszę wpisać tutaj swoje imię

Powiązane artykuły

Pozostańmy w kontakcie

26,463FaniLubię
273SubskrybującySubskrybuj
- Reklama -spot_img

Najnowsze Artykuły

Aplikacja Mobilna

Install
×
Skip to content