18.7 C
Warszawa
poniedziałek, 27 maja, 2024

Likwidować potrafi każdy – Artur Adamski

26,463FaniLubię

Było to w połowie lat dziewięćdziesiątych. W studiu TVP na krakowskim Łęgu miałem nagranie paru odcinków „Miliarda w Rozumie”, po czym oczywiście nie mogłem sobie odmówić spaceru po historycznym centrum dawnej stolicy Polski. Już na Floriańskiej zaskoczyła mnie ilość małych, ale bardzo dla mnie ciekawych sklepików. Jedne z nich były miniaturowymi antykwariatami, inne mini – galeriami wypełnionymi niezłymi obrazami za niewygórowaną cenę, kolejne interesującymi i też nie za drogimi starociami. Najbardziej zaintrygował mnie sklepik w pobliżu kościoła św. Andrzeja, którego gablotki pełne były starych monet. Zaskoczyło mnie, że zarówno te z czasów antycznego Rzymu, jak i bite w mennicach Władysława IV czy Jana Kazimierza są stosunkowo niedrogie. Spytałem o to właściciela, który wyjaśnił mi, że chodzi mu o sprzedawanie a nie eksponowanie, więc numizmaty, którymi handluje, stara się sprzedawać niemal „po kosztach”. A w związku z tym, że lokal wraz z zapleczem ma powierzchnię ledwie kilkunastu metrów to i koszty ma nieduże. Swojego zajęcia nie traktuje on też jako biznesu czy innej metody dojścia do większych pieniędzy, ale jako rodzaj hobby. Po prostu lubi spotykać się z ludźmi, których interesują pamiątki przeszłości. Cieszy się, kiedy może sobie z nimi porozmawiać a radość sprawia mu także i to, kiedy „tacy miłośnicy historii stają się posiadaczami jakiegoś okruszka tejże historii i że wydarzyć to się może właśnie za sprawą jego krakowskiego sklepiku”. Ceny rzeczywiście były takie, że „posiadanie okruszka historii” wydało się leżeć także w moim zasięgu. Z tych wzbudzających takie „pragnienie posiadania”, jakie w moim przypadku teoretycznie mogłoby się zrealizować, wybrałem dukat gdański Jana III Sobieskiego. Wymaganej kwoty przy sobie nie miałem, ale od właściciela sklepiku dowiedziałem się, że cena rzeczywiście jest nadzwyczaj okazyjna a to dzięki temu, że numizmatów takich będzie miał najprawdopodobniej kilkanaście. I że jeśli pojawię się nawet za pół roku to bardzo możliwe, że szansa nabycia nadal będzie aktualna. Zapewnił mnie też, że wszystkie z tych gdańskich dukatów są w dobrym stanie i przy okazji dowiedziałem się też, że cena tej właśnie monety okresowo jest niższa w wyniku dość niespodziewanego pojawienia się ich na rynku. Bez wątpienia jednak już za rok, o ile w ogóle będą dostępne, to już za inne pieniądze. Słowa te okazały się być wstępem do długiej opowieści o niesłychanie barwnych wypadkach, związanych z biciem dukatów gdańskich. Nie ulegało żadnej wątpliwości – właściciel sklepu z monetami był w swej dziedzinie ekspertem wysokiej klasy. A do tego kochał to, co robił i absolutnie z klientów „nie zdzierał skóry”. W dniu tym jednak stać mnie było na kupienie jedynie siedemnastowiecznej boratynki. Zakup gdańskiego dukata postanowiłem przedyskutować ze „współdecydentką domowego budżetu”, wraz z którą zamierzałem pojawić się w Krakowie w najbliższych miesiącach.

Do ukochanego przez nas oboje Krakowa przyjechaliśmy dobrych kilka tygodni później. Już w okolicach Baszty Pasamoników zauważyłem, że od mojej ostatniej wizyty coś się w Grodzie Kraka zmieniło. Mój niepokój spotęgował się na Floriańskiej. Większości małych sklepików, które jakże niedawno wzbudziły we mnie niemal zachwyt, już nie było! Z niepokojem przemierzyliśmy Rynek, gdzie na każdym kroku towarzyszyły nam puste witryny małych lokali, w których zamiast obrazów, rzeźb czy antyków w wystawowych oknach panował jedynie chłodny mrok, pustka i kartki przyklejone na szybach. Przyspieszyliśmy kroku zupełnie tak, jakbyśmy liczyli na to, że do sklepiku z monetami dotrzemy zanim i z nim stanie się to samo. Niestety, nasz pośpiech okazał się daremny. W witrynie zamkniętego lokalu nie było już monet. Sygnowana przez urząd miejski kartka przyklejona na drzwiach informowała, że lokal czeka na nowego najemcę. Pragnąc się dowiedzieć, co się w tym mieście stało, weszliśmy do jednego z pasaży, na końcu którego znajdowało się malutkie kino, od pokoleń prowadzone przez bliskich krewnych mojej żony. Spotkaliśmy w nim jednego z jej kuzynów. I wtedy dowiedzieliśmy się wszystkiego. Historia była taka, że rzeczywiście na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych zaroiło się w mieście od małych i często bardzo interesujących inicjatyw gospodarczych. Nie nastawionych na wielki zysk, ale tworzonych przez ludzi z pasją, często przez emerytowanych nauczycieli. Było to długo przed tym, nim Tusk nakazał wszystkim nauczycielom obojga płci pracować do 67 roku życia. Zanim „nastała PO” wielu nauczycieli nabywało przecież prawo do emerytury krótko po pięćdziesiątce. Stąd niektórzy na progu jesieni swego życia zapragnęli spełniać się jako antykwariusze czy marszandzi. Większość z nich nie była nastawiona na zysk, ale na robienie czegoś, co kochają. Stąd zadowoleni byli nawet z najmniejszego dochodu i nie narzekali, jeśli tylko „wychodzili na zero”. Konkurencji dla nikogo nie stanowili żadnej, nikomu nie zawadzali i żaden z restauratorów czy handlowców wcale nie zamierzał nikogo z nich „wysiudać” z miejsc, które wypełnili swoim życiem. Te ich kilkunastometrowe galeryjki, antykwariaciki czy inne sklepiki były po prostu zbyt małe, żeby można w nich było zmieścić jakikolwiek lokal gastronomiczny czy „konkretny” sklep. Placówki te jednak stały się wielką atrakcją miasta. Nadały mu prawdziwy, niepowtarzalny koloryt. Były unikatami. A ciągnący do nich chętnie też zaglądali do znajdujących się obok restauracji, kawiarni, pizzerii, lodziarni… Wszystko więc wskazywało na to, że każdy z tej sytuacji powinien być zadowolony. Ktoś z władz miasta zwrócił jednak uwagę na ceny najmu, które wydały mu się zbyt niskie. I przeforsował ich podwyżkę – nagłą i wysoką. Skutkiem tego niemal z dnia na dzień większość tych inicjatyw znalazła się „pod kreską”. Niezamożni twórcy niepowtarzalnych sklepików i galeryjek niespodziewanie znaleźli się w finansowych tarapatach, z których jedynym wyjściem było zakończenie działalności. W niespełna parę tygodni decyzję taką podjęło chyba z trzy czwarte najemców małych lokali. Zamiast tętnić życiem miejsca te zaczęły ziać smutkiem i pustką. Widząc to władze miasta rzuciły się do „odkręcania” swych fatalnych postanowień. W większości wypadków decyzja ta jednak okazała się już być spóźnioną. Jedni najemcy zdecydowali się już zająć czymś innym, inni stracili niezbędne poczucie stabilizacji i bezpieczeństwa. Nie mieli też już ochoty zależeć od czyjegoś kaprysu, ponosić potencjalnych kosztów przyszłych nieodpowiedzialnych decyzji. Kuzyn mojej żony opowieść tę kończył zdaniami: „W efekcie zamiast tych urokliwych miejsc mamy zakątki straszące pustką, czasem zabite kartonami i dechami. I zmienić to już będzie trudno, bo to lokaliki tak malutkie, że nie wprowadzi się do nich ani kafejka a jakikolwiek standardowy sklep też raczej nie…”

- Autopromocja - KLIKNIJ NA GRAFIKĘ-

Zdawałoby się, że wydarzenie takie powinno być znane tym, którzy zamierzają czymkolwiek rządzić. I że powinni oni wyciągać z niego jakieś wnioski. A przecież świadkami rozgrywania się niemal identycznego scenariusza każdy z nas był wiele razy. Kilkanaście lat temu na wrocławskim Oporowie tętniła życiem restauracja działająca w budynku zajazdu zbudowanego w XVIII wieku. Ćwierć tysiąclecia gastronomicznej tradycji! Miejsce to pamiętało przybywanie powozów i dyliżansów, gościło wiele historycznych postaci. Miało mnóstwo zachowanych rzadkich detali o wysokiej klasie artystycznej, od dawna figurowało w katalogu zabytków. Nagle któryś z „mędrców Wrocławia” wpadł na pomysł podniesienia czynszu. Oznaczało to, że dalsze prowadzenie restauracji w tym zabytku przestało się opłacać. Restaurator przez dziesięciolecia, pod nadzorem konserwatora z PKZ – u troszczący się o stan tego wyjątkowego obiektu, musiał zakończyć działalność. Na fasadzie umieszczony został napis „Do wynajęcia”. Cena jednak nadal była tak „zaporowa”, że jedynymi, którzy lokalem się zainteresowali, byli bezdomni. W końcu stało się to, co musiało się stać. Rozpalone we wnętrzu ognisko doprowadziło do pożaru, który jeszcze tak niedawno żywy, piękny pomnik wrocławskiej historii zamienił w żałosną ruinę.

Kiedy w najbardziej atrakcyjnej części miasta widzimy okna wystawowe zabite kartonami czy dechami to możemy być pewni, że przyczyny są takie same. To skutki decyzji ludzi nie posiadających umiejętności decydowania. Takich, którzy pragnąc większego zysku de facto przesądzają nie tylko o tym, że zysku nie ma żadnego a cenne obiekty zamiast służyć – obracają się w ruinę. Bo takim „menedżerem”, potrafiącym jedynie spojrzeć na bilans i stwierdzając, że jest marny zdecydować o likwidacji, potrafi być absolutnie każdy. Pomyśleć nad tym, jak coś wesprzeć, jakiejś sprawie pomóc, usunąć bariery rozwoju czy utrudnienia w funkcjonowaniu – to dla nich za trudne. Zarazem przewidywanie nawet najbardziej oczywistych skutków ich „śmiałych decyzji” przekracza zdolności ich wyobraźni. Dziwi tylko to, że pomimo jakże wielu dowodów tej prawidłowości ciągle nie wiedzą, jak trudno coś zbudować. I jakże rzadko umieją cokolwiek zbudować. Przede wszystkim potrafią psuć i niszczyć. Bo to potrafi – każdy.

Artur Adamski

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz swój komentarz!
Proszę wpisać tutaj swoje imię

Powiązane artykuły

Pozostańmy w kontakcie

26,463FaniLubię
274SubskrybującySubskrybuj
- Reklama -spot_img

Najnowsze Artykuły

Skip to content