-5,5 C
Warszawa
czwartek, 9 lutego, 2023

Krzysztof Szpala 1952 – 2022 – Artur Adamski

26,463FaniLubię

Pochodził ze starej lwowskiej rodziny, po wypędzeniu ze stron ojczystych zmuszonej do osiedlenia się na tzw. Ziemiach Odzyskanych.

W czasie I wojny światowej obydwaj jego dziadkowie, Walenty i Krzysztof, należeli do Polskiej Organizacji Wojskowej. Potem służyli w straży pożarnej, pracowali w Kolejach Lwowskich. Po sowieckiej napaści na Polskę we wrześniu 1939 Walenty Szpala, rozpoznany przez NKWD jako piłsudczyk i przewodniczący związków zawodowych został aresztowany a w czerwcu 1941 zamordowany wraz z setkami innych osadzonych w lwowskim więzieniu. Wielu innych członków rodziny zostało wywiezionych na Wschód i często poginęło bez wieści. Ojciec został żołnierzem AK, któremu jego dowódca, w związku z aresztowaniami i wywózkami na Sybir w styczniu 1945 roku doradził ochotnicze wstąpienie do II Armii Wojska Polskiego. Swój szlak bojowy zakończył więc walcząc m.in. na Dolnym Śląsku i uczestnicząc w zdobywaniu Berlina, co jednak nie uchroniło go przed nękaniem przez UB. Akowska przeszłość dla władców Polski zwiezionych do niej na pancerzach sowieckich czołgów była winą, której nie zmazywały nawet bohaterskie czyny, dokonywane w armii gen. Świerczewskiego. Krzysztof urodził się w domu na wrocławskich Karłowicach. Tym samym, w którym jego rodzice zamieszkali po wygnaniu ze Lwowa i w którym zamieszkiwał przez wiele lat swojego życia. Dorastał wśród wspomnień o mieście przodków i wielu członkach rodziny, dla których oczywistością była walka o wolną Polskę. Bywał świadkiem tego, jak ojca kolejny raz UB wzywało na przesłuchania, by znów dopytać o współpracowników z czasów okupacji, czy któregoś z nich nie spotkał i by uświadomić, że „władza ludowa takich jak on zawsze będzie miała na oku”.

- Autopromocja - KLIKNIJ NA GRAFIKĘ-

W 1970 Krzysztof rozpoczął pracę w budownictwie, równocześnie kończąc technikum. Kilka lat później został zatrudniony w Pracowniach Konserwacji Zabytków, w których poznał swoją przyszłą żonę. Mawiał potem, że w swoim życiu żałuje tylko jednego. Tego, że swojej Wiesi, która towarzyszyła mu do końca życia, nie poznał wcześniej. Zawsze interesował się historią, stąd z prawdziwą pasją współdziałał z historykami sztuki i konserwatorami, stając się cenionym specjalistą, angażującym się m.in. w odbudowę wrocławskiego kościoła św. Elżbiety, uczestniczącym w pracach eksportowych m.in. w Tallinie. Jak wspominał – Sierpień 1980 rozpoczął wyjątkowy czas, w którym załoga jego zakładu przemieniała się jakby w jedną rodzinę. Wszyscy jej członkowie przekonani byli, że współtworzą przyszłą niepodległą, solidarną Polskę, więc w pracy dawali z siebie wszystko. Nie tylko dbali o jak najwyższą jakość, doskonalili swe kwalifikacje, ale starali się też jak najlepiej wykorzystać każdą minutę dniówki i nie zmarnować ani grama zaprawy czy kropli farby. Prawdziwy związek zawodowy wszystkim dawał bowiem nieznane wcześniej poczucie podmiotowości, czego owocem była odpowiedzialność, utożsamianie się z członkami tej samej zbiorowości, wspólna wiara w lepszą przyszłość. Wszystko to zostało zniszczone w grudniu 1981, wraz z otwartą wojną, wypowiedzianą narodowi przez obcy mu, zewnętrzną przemocą narzucony reżim. Rozbudzone niepodległościowe nadzieje nie zostały jednak całkowicie zabite. Jasne stało się jednak to, że drogą do zrzucenia niewoli musi być ostateczne pokonanie komunistycznych wrogów polskiej wolności. Kontakt z prowadzącymi z nimi walkę Krzysztof nawiązał wiosną 1982 roku dzięki koleżance z Pracowni Konserwacji Zabytków, inżynier budownictwa Annie Grzegorzewskiej. Działalność rozpoczął od kolportażu prasy podziemnej. Jego przełożoną w konspiracyjnej organizacji była inżynier tej samej specjalności Zofia Maciejewska. Latem doprowadziła ona do spotkania z Kornelem Morawieckim oraz Hanną Łukowską – Karniej. W mieszkaniu przy ul. Bzowej złożył wtedy przysięgę formalnie zostając członkiem Solidarności Walczącej.

Krzysztof był ojcem rodziny, miał dwie malutkie córeczki. O jego konspiracyjnym zaangażowaniu i wiążącym się z tym ryzykiem wiedzieli jego sędziwi rodzice oraz żona. Zawsze mógł liczyć na ich wsparcie a Wiesia, dozgonna towarzyszka życia, nie raz włączała się w jego działalność. Zwykle polegała ona na poświęcaniu trzech lub czterech a czasem nawet wszystkich popołudni w tygodniu. W tym czasie Krzysztof do tajnych punktów poligrafii dostarczał niezbędne im partie papieru i farby. Bywało, że przewozić musiał dziesiątki ryz, wnętrze samochodu wypełniających aż po sufit. Czasem woził też dużych rozmiarów urządzenia drukarskie. Zdarzały się przy tym sytuacje, w których wpadka była bardzo blisko. Jesienią 1982 roku jechał samochodem wypełnionym materiałami, za posiadanie których sądy wlepiały wówczas kilka lat więzienia, gdy na ul. Poznańskiej natknął się na uzbrojony po zęby milicyjny patrol. Miał on charakter ulicznej blokady a jeden z funkcjonariuszy odzianych w hełm i mundur moro jednoznacznym gestem już nakazywał zatrzymanie się. Być może dzięki temu, że Krzysztof zaczął zwalniać jego samochód został wyprzedzony przez auto marki zastawa, które na widok milicji gwałtownie się zatrzymała. W efekcie patrol zajął się nią a nie pojazdem Krzysztofa.

W tamtych czasach podobne sytuacje czyhały na każdym kroku a przynajmniej przez połowę dni każdego tygodnia Krzysiek woził lub nosił jeśli nie ryzy papieru, matryce czy farbę to paczki ze świeżo wydrukowanymi gazetkami podziemia. Z czasem wypracował mnóstwo sposobów maskowania tego, co miał przy sobie. Wiele poznał dzięki Zofii Maciejewskiej, co jakiś czas organizującej szkolenia z zasad i technik konspiracji. Niektóre były dość zabawne i polegały na pozorowaniu transportu warzyw, pod którymi znajdowały się materiały poligraficzne, pakunki z ulotkami czy broszurami drugiego obiegu. W swojej działalności Krzysztof współpracował z zaufanymi taksówkarzami, ale największy podziw wzbudzały w nim kobiety podziemia. Wspominał, że ich odwaga była tak wielka, że zdawały się nie znać strachu. Zarazem jednak zawsze były gotowe na poniesienie wszystkich konsekwencji, czyli jakby były pogodzone z tym, że kiedyś za to, co robią przyjdzie im bardzo drogo zapłacić. Mówił, że wszystkie one były wspaniałe, szlachetne, mądre i często bardzo wykształcone (wiele z nich pracowało na uczelniach). Ze śmiechem wyrażał przypuszczenie, że kobiety Solidarności Walczącej dla wielu młodszych i starszych facetów z konspiry były wzorem, źródłem inspiracji i w różnych sytuacjach, np. będąc już w rękach siepaczy z komunistycznych służb, nie chcieli się oni okazać gorszymi od niezłomnych bohaterek podziemia.

Niemal codziennością stało się dla niego obsługiwanie czterech podziemnych drukarni, do których przywoził wszystko, co było im potrzebne a następnie odbierał to, co zostało w nich powielone. Wykorzystywał do tego różne samochody, taksówki, rower, często też przemieszczał się tramwajami, autobusami i oczywiście pieszo. Dużym wyzwaniem były wydarzenia z jesieni 1982 roku, kiedy SB aresztowała ponad sto osób związanych z Regionalnym Komitetem Strajkowym NSZZ Solidarność Dolny Śląsk, który niemal całkowicie stracił wtedy możliwość wydawania swoich pism. Decyzją Kornela Morawieckiego drukiem „Z Dnia na Dzień” i innych gazetek RKS – u zajęła się wówczas Solidarność Walcząca. Dla Krzysztofa oznaczało to dodatkową pracę oraz konieczność kontaktowania się z środowiskami dotykanymi permanentnymi aresztowaniami. Jeszcze groźniejszy był czas największej wsypy w historii Solidarności Walczącej. Wtedy to, w pierwszych miesiącach roku 1984, SB przeprowadziła rewizje w ponad stu mieszkaniach a uwięzionych zostało kilkudziesięciu działaczy organizacji Kornela Morawieckiego. Do aresztu trafiła także przełożona Krzysztofa Zofia Maciejewska. Był to czas wyjątkowo wielkiego napięcia. Jak wielu – liczył się z rewizją w swoim mieszkaniu czy aresztowaniem, do którego dojść mogło w każdej chwili. Nadzwyczaj niebezpieczny czas wymagał jednak jeszcze większych wysiłków, polegających np. na pilnych koniecznościach ewakuowania zagrożonych magazynów czy drukarni podziemia. Którymś razem, wraz z właścicielką jednego z mieszkań – drukarni, pospiesznie wypełniał wnętrze jej małego fiata, w którym zamaskowane pakunki piętrzyły się aż po dach. Jadąc nagle zobaczyli oni zatrzymującą wybrane samochody milicyjną blokadę. Oczami wyobraźni widział już przed sobą kraty więzienia, ale nie dawał tego po sobie poznać. Kątem oka widział też, że prowadząca samochód współpracowniczka również wygląda na w pełni panującą nad swoimi emocjami. Tymczasem milicjanci jakby w ostatniej chwili zmienili swój zamiar i wybierając do kontroli zatrzymali inny pojazd, jadący tuż obok. Współpracowniczka Krzysztofa przejechała jeszcze może paręset metrów, po czym swój samochód musiała zatrzymać. Po pospiesznym opuszczeniu pojazdu zaczęła wymiotować. Jak wspominał to Krzysztof: „Nie robiła wrażenia, że się boi, ale wtedy naprawdę wszystko wskazywało na to, że zaraz nas złapią. Ona doskonale trzymała fason, ale tak naprawdę to musiała być przerażona. Zapewne tak, jak ja, już widziała siebie w więzieniu i myślała o swej córeczce, która przez długie lata nie będzie teraz miała matki”.

Podobnymi wydarzeniami i tego rodzaju napięciem utkana była prawie cała dekada lat osiemdziesiątych. Jak wielu ludzi konspiry – przez kolejne lata Krzysztof podziemnej pracy poświęcał prawdziwy ocean czasu. A ogromna część pism, których w tysiącach paczek przetransportował całe tony, nie była wydawnictwami sygnowanymi przez Solidarność Walczącą. Drukarnie, z którymi współpracował, mimo iż należące do organizacji Kornela Morawieckiego, w wielkiej mierze pracowały dla TKZ – ów, czyli różnych tajnych komisji zakładowych NSZZ Solidarność. Wśród prasy, którą się zajmował, były więc i podziemne gazetki różnych zakładowych struktur Solidarności i Solidarności Rolników Indywidualnych a nawet KPN-u i innych formacji zmagających się z reżimem. Zgodnie z zasadą praktykowaną przez Solidarność Walczącą – w miarę swych możliwości wspierała ona wszystkich nie godzących się z totalitarnym ładem komunistycznego zniewolenia.

W 1988 roku z niepokojem przyjmował decyzję części przywódców Solidarności o podjęciu rozmów z komunistami. Zawarcie bardzo ryzykownego i jeszcze bardziej wątpliwego moralnie porozumienia odbierał ze sporym sceptycyzmem, ale ciągle liczył na to, że wszystko to jest tylko wstępem do budowy wymarzonej Polski prawdziwie niepodległej i prawdziwie solidarnej. Szybko jednak trysnął istny strumień bolesnych rozczarowań. Najpierw doszło do skandalicznej zmiany ordynacji między dwoma turami czerwcowych wyborów, co jednoznacznie dowodziło, że dla ugodowej frakcji Solidarności ważniejsze od praw Polaków były interesy komunistów. Potem, z czynnym udziałem niektórych posłów Solidarności, prezydentem rzekomo odzyskującej wolność Polski został Jaruzelski. Prasa Solidarności Walczącej, od lat dominująca na dolnośląskim rynku wydawnictw podziemnych, nagle znalazła się w cieniu gazet tej części Solidarności, która otrzymała od komunistów zgodę na oficjalny druk i kolportaż. A o tym, jak w tym nowym porządku wyglądać miała wolność słowa, świadczyły wydarzenia opisywane w ciągle ukazującej się prasie drugiego obiegu. Jeden ze znamiennych epizodów miał miejsce na Uniwersytecie Wrocławskim, gdzie formalnie związany z Solidarnością Ludwik Turko kolportującym wydawnictwa Solidarności Walczącej nakazał opuszczenie terenu uczelni. Jak wielu Krzysztof z niedowierzaniem przyjmował publikacje z wypowiedziami profesora nie wstydzącego się stwierdzić, że „Solidarność Walcząca” jest na terenie uniwersytetu tak samo niepożądana, jak „Trybuna Ludu”. Po rozstaniu ze złudzeniami, że rok 1989 przyniósł Polsce jakąkolwiek wolność (Urzędy Ochrony Publikacji i Wydawnictw na pełnych obrotach działały zresztą prawie do połowy 1990 roku) przyszły co najmniej równie bolesne rozczarowania związane z realiami zakładów pracy. Jak Krzysztof wspominał: „To, co zaczęto wyprawiać po 1989 było dokładną odwrotnością stosunków, jakie królowały po Sierpniu 1980. Komunistyczna nomenklatura przestała się liczyć z czymkolwiek i kimkolwiek. Nowa Solidarność okazywała się być albo zbyt słaba albo całkowicie uległa, więc oni z ludźmi robić mogli wszystko, co chcieli.” Krzysztof nigdy nie potrafił biernie przyglądać się niesprawiedliwości, więc stanął w obronie jednego z krzywdzonych pracowników. W efekcie sam też stracił pracę. Jak potem o tym mówił: „Zatrudnić się wtedy nie było gdzie, więc niemal przez całe lata dziewięćdziesiąte zmuszony byłem pracować „na czarno”. Często wtedy bałem się, że jak zachoruję lub jeśli zdarzy mi się jakiś wypadek, to nie będę miał skąd wziąć jakichkolwiek pieniędzy na utrzymanie mojej rodziny. Z dzisiejszej perspektywy oceniam, że przełom roku 1989 i 1990 był początkiem najtrudniejszej dekady mojego życia. A po niej też przez długie lata było bardzo ciężko. Rzecz jasna zarówno dla mnie, jak i dla chyba wszystkich ludzi, których znałem oczywistością było to, że po pokonaniu komunizmu i odzyskaniu wolności bardzo długo będzie bardzo ciężko. Każdy z nas był gotowy na taką ofiarą, nikt szybkich owoców wolności się nie spodziewał. Jednak to wszystko, co się w Polsce działo po roku 1989 było tak dalekie od elementarnej przyzwoitości, że trudno mówić o jakiejś satysfakcji z tych przemian. Ich beneficjentami byli komuniści i ci, którzy się z nimi dogadali. Dla ubeków były bizantyjskie emerytury po kilkunastu latach służby na polską szkodę a dla milionów ludzi Solidarności, których miejsca pracy posprzedawano za czapkę śliwek i zlikwidowano, często brak środków do życia.” Najtrudniejsze lata Krzysztof przebrnął dzięki swojej wielkiej pracowitości, fachowości i zaradności. Skutkiem tego zawsze miał jakąś pracę, choć rzadko związaną z tym, co lubił najbardziej. Rozmiłowany był bowiem w rewaloryzacji zabytków a najczęściej trudnić się musiał zwykłymi, często bardzo ciężkimi pracami budowlanymi. Po wielu latach względną stabilizację dało mu zatrudnienie w odnawiającej dachy spółdzielni „Dekar”. W ostatnich kilka latach przed emeryturą miał jednak szczęście znów być zatrudnionym przy tym, co zawodowo kochał najbardziej. Znów bowiem dostał pracę w firmie rewaloryzującej zabytki. Ukoronowaniem blisko półwiecza spędzonego przy remontach i na budowach było uczestnictwo w olbrzymim przedsięwzięciu, jakim była gruntowna rewitalizacja głównego wrocławskiego dworca kolejowego. Udział Krzysztofa w odtworzeniu piękna tej prawdziwej perły dziewiętnastowiecznej architektury był naprawdę bardzo duży. Wielka część tego, co w tym niezwykłym miejscu możemy dziś podziwiać, to owoce pasji i kunsztu właśnie Krzysztofa Szpali.

Zawsze niezwykle skromny nie przywiązywał wielkiej wagi do tego, czemu szmat zdrowia i czasu poświęcił w latach osiemdziesiątych. Prawdopodobnie do głowy by mu nie przyszło, by w ogóle przypominać o swojej osobie. Jednak Zofia Maciejewska, jego przełożona z podziemnych struktur druku i kolportażu, niemal zmusiła go, by pojawił się na spotkaniu z Kornelem Morawieckim, powołującym do życia Stowarzyszenie Solidarność Walcząca. W jakże typowy dla siebie sposób Krzysztof powiedział wtedy, że być może nie zasługuje na przynależność, bo w żadnych dokumentach jego osoba nie istnieje. Nigdy nie był aresztowany, więc jeśli nie odnotowała go SB to nic o nim też przecież nie wie IPN. Zofia Maciejewska na słowa te zareagowała stwierdzając, że co prawda w więzieniu nie siedział, ale w podziemiu aktywnie działał od roku 1982 aż do samego końca lat osiemdziesiątych. Z kolei konkluzja Kornela Morawieckiego była wręcz entuzjastyczna: „Jeśli tak wiele lat tak aktywnie działałeś i nigdy nie wpadłeś to znaczy, że byłeś jednym z najlepszych konspiratorów! Zasługujesz na uznanie szczególne jako jeden z tych konspiratorów, którzy nigdy nie zostali zdekonspirowani!” Wyrazem podzięki za dokonania w walce o wolność ojczyzny był Krzyż Solidarności Walczącej, Krzyż Kawalerski Polonia Restituta, Medal Stulecia Niepodległości i inne odznaczenia.

Zawsze pragnący służyć innym w ostatnich dziesięcioleciach życia pracę dla podziemia zastąpił służeniem pomocą wszystkim, którzy tego potrzebowali. Wielką radością były dla niego córki a potem także wnuczęta. Bardzo aktywnie uczestniczył w życiu Kościoła, angażując się w ruch Odnowy w Duchu Świętym i rozmaite gremia, działające w jego parafii. Religijność łączył z nieskrywaną radością życia. Cieszył się swym małżeństwem z, jak mówił, „najwspanialszą kobietą, jaką w życiu spotkał”. Lubił zarówno poważne dyskusje, jak i pełen wesołych żartów czas spędzany z przyjaciółmi. Z przyjemnością muzyki zarówno słuchał, jak i sam umiejętnie grywał na ustnej harmonijce. Zawsze troszczył się o swoją ojczyznę i ubolewał nad złymi drogami, na które była wpychana. Z wielkim entuzjazmem przyjmował więc kierunek, jaki Polska obrała w roku 2015. O objęciu funkcji premiera przez Mateusza Morawieckiego mawiał, że „jest jednak sprawiedliwość na tym świecie a wydarzeń tak wspaniałych sam nigdy nawet by nie wymarzył”. W ostatnich latach życia mówił, że czuł się wtedy szczęśliwy. Takie też sprawiał wrażenie, stąd też niewielu wiedziało, że zmagał się z ciężką chorobą. Jesienią roku 2022 bardzo się ona nasiliła, 21 grudnia doprowadzając do jakże przedwczesnego i dla wielu szokującego, wstrząsającego odejścia Krzysztofa z naszego doczesnego świata.

Nigdy nie trafił w łapska SB, więc nie odnotowała ona jego działalności i nic w jej dokumentach na jego temat nie znalazł IPN. Jakże zasłużony status Działacza Opozycji Antykomunistycznej przyznany mu został na podstawie relacji współpracowników z podziemia. Biografia Krzysztofa Szpali może być więc jednym z dowodów na to, że pomimo angażowania gigantycznych środków służby reżimu nie były wszechwładne. Przynajmniej niektórym udawało się być ich aktywnym przeciwnikiem równocześnie skutecznie wymykając się z pola ich obserwacji.

Artur Adamski

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz swój komentarz!
Proszę wpisać tutaj swoje imię

Powiązane artykuły

Pozostańmy w kontakcie

26,463FaniLubię
321SubskrybującySubskrybuj
- Reklama -spot_img

Najnowsze Artykuły

Aplikacja Mobilna

Install
×
Skip to content