10,1 C
Warszawa
wtorek, 4 października, 2022

Klara Gonciarz – Stanisław Srokowski

26,463FaniLubię

( Laureatka tegorocznego konkursu literackiego GO w dziedzinie prozy ( III nagroda), znana już nam z wcześniej publikowanych oryginalnych wierszy oraz przekładów z poezji amerykańskiej. Tym razem prezentuje miniaturowe etiudy, skupiając uwagę na detalach w wielokulturowym świecie kobiet. Uważnie przygląda się scenie porannego krzątania i obserwuje jak się zachowują jej bohaterki. Dociekliwy, analityczny umysł. Liczymy na rozwój twórczy naszej laureatki, która przygotowuje się do tłumaczenia młodych francuskich poetów. St.S. )

GRZECHY WSZYSTKICH KOBIET

- Autopromocja - KLIKNIJ NA GRAFIKĘ-

Maria obudziła się o 5.03 nad ranem. Dopiero świtało. Odgarnęła włosy ze spoconego czoła – nocne mary – i wstała z łóżka, kierując się do łazienki po szlafrok i kapcie. Opatulona we frotowy materiał, zeszła na dół do kuchni, pomieszczenia, którego z całego serca nie znosiła. Z lodówki wyciągnęła ser, szynkę, ogórki małosolne, które kupiła poprzedniego dnia w markecie dwie przecznice dalej. Chleb, który rozmrażał się przez noc na stole, włożyła do piecyka, z ulgą witając ciepło w przemarzniętym ciele; duszy. Słysząc skrzypienie drewnianych paneli nad swoją głową, wyciągnęła pieczywo i w pośpiechu posmarowała je tłuszczem. Na to ser, szynka, pomidor, który został jeszcze z wczoraj. Na talerzu, obok kanapki, kilka plasterków ogórka. Gotowe śniadanie Maria postawiła na stole. Czarną kawę, dwie płaskie łyżeczki cukru, stawiała drżącą ręką, w duchu odmawiając trzecią Zdrowaśkę. Kroki na schodach, wycofała się do kuchni, by tylko usłyszeć, nie zobaczyć, kolejny rozbity talerz. Zupa była za słona.

Madihah otworzyła oczy słysząc dźwięk budzika, który ustawiła, jak każdego innego dnia, na kilka minut przed 3:00, aby zdążyć na Suhur. Już w kuchni obmyła ciemny ryż i przełożywszy go do garnuszka, zaczęła gotować na małym ogniu. Do małych kolorowych miseczek kupionych na bazarze przez Afrah nasypała migdałów, nerkowców, daktyli i położyła je na stole. Nasycona jeszcze po poprzedniej nocy, nie mogła spojrzeć na jedzenie, lecz wiedząc, że ma przed sobą upalny dzień postu, przełknęła kilka orzechów, popijając je wodą. Widząc, że ryż jest gotowy, nastawiłą wodę na jajka, a zimnego kurczaka pokroiła w mniejsze kawałki i ustawiła obok miski z dojrzałymi owocami, nad którą latały opasłe czarne muchy. Wykładając ostatnie potrawy, Madihah nie usłyszała mężczyzn zasiadających do stołu. Schyliła tylko nisko głowę, oczy kierując na posadzkę i wycofując się do kuchni, do swojego pokoju. Ukrywszy włosy, twarz, ciało, siniaki pod burką, wyszła z pokoju, gotowa na modlitwę do swojego Boga o przebaczenie za grzechy swoje i innych kobiet.

Słysząc denerwujący pisk budzika, dzwoniącego od samego rana, Vera otworzyła oczy i cisnęła brzęczącym telefonem o ziemię. Dźwięk nie ustał, ale był teraz trochę bardziej stłumiony przez miękki dywan. Z jękiem przewróciła się na plecy i potarła spuchnięte oczy. Zegar ścienny wskazywał 3:00 po południu. Przez kolejne pół godziny starała się z powrotem zapaść w drzemkę, lecz bez powodzenia. Panowała niepokojąca cisza, towarzysząca jej już od dłuższego czasu. Nie było nikogo. Nigdy nie ma. Chciałaby powiedzieć, że nigdy nie było, ale kiedyś byli. Było lepiej. Lepiej było? Leki przestały działać. Powolnym ruchem ściągnęła z siebie kołdrę, odkrywając tym samym swoje brudne ciało. Owinięta w zmięty koc, zawlokła się do kuchni. Stosy nie umytych talerzy, miski nie zjedzonego jedzenia, kubki, nad którymi roiło się od owadów. Przerósł ją ten widok, dlatego tylko wzięła do ręki najbliższą szklankę i ruszyła do łazienki, by nalać sobie wody. Czuła, że pali ją pragnienie. Pali ją przełyk, gdy pije. Pali ją dusza, gdy żyje. Spojrzawszy na swoje odbicie, musiała odwrócić wzrok. Nic dziwnego, że Bóg też się odwrócił. Złapała najbliższe opakowanie i wysypała z niego trzy kolorowe tabletki. Ostatnie o czym pomyślała.

JABŁKO

Obudził mnie śmiech. Perlisty, głośny, szczery. Uśmiecham się w duszy i otwieram oczy, Podpierając się na łokciu, zauważam ją i obserwuję. Obserwuję jej falujące rozpuszczone włosy sięgające do krągłych bioder. Obserwuję jej nagie ciało lekko stąpające po ziemi, jakby unoszone wyższą siłą. Obserwuję Ewę; obserwuję piękno. Jej skóra, złocista w promieniach wschodzącego słońca, wydaje się mienić.

Podnoszę się i wołam do niej. Ona przybiega roześmiana i wtula się w moje ramiona. Wdycham jej słodki zapach majowego kwiatu. Stoimy wtuleni w siebie, napawając się tą chwilą, sobą nawzajem; egzystując. Ewa odsuwa swoją twarz od mojego ramienia na kilka centymetrów i wskazuje palcem na coś ponad nami. Podążam wzrokiem za jej ręką i zauważam coś krwisto-czerwonego, czającego się pomiędzy gałęziami drzewa, pod którym się znajdujemy. Staję na palcach i staram się po to sięgnąć. Ewa ciągnie za moje ramię. Też jest zaintrygowana. Staram się więc bardziej, z całych sił próbując to dosięgnąć. Uśmiech znika z jej twarzy, jej ogromne oczy patrzą na mnie badawczo. Jest ze mnie dumna. W końcu udało mi się dosięgnąć, ciągnę mocno do siebie. Po chwili szarpaniny, udaje mi się. Trzymam w ręku owoc. Ewa coś do mnie mówi. Nie słucham jej, bo wiem, że pewnie mi gratuluje. Ja również w duchu to robię.

Nie mogę oderwać wzroku od owocu znajdującego się w mojej ręce. Jego karminowy kolor przyciąga mój wzrok, satynowo – gładka powierzchnia pieści moją dłoń, zapach pieści zmysły, przekradając się kanalikami, aż do wnętrza czaszki. Słyszę, jak mówi mi, żebym go ugryzł, zlizał lepki sok, który pozostał mi na dłoni, spróbował jego soczystego miąższu, skosztować jego chrupiącej skórki, ukąsił je łapczywie i zostawił nic, tylko ogryzek.

Ewa próbuje mi wyrwać owoc z dłoni, mówiąc coś szybko podniesionym głosem i gestykulując zamaszyście. Chce mi go ukraść, mieć tylko dla siebie. Łapczywa kobieta.

Łapię ją mocno za ramię, sprawiając, że odcisk mojej dłoni jest widoczny na jej zaczerwienionej skórze; z bliska nie jest już taka złocista jak mi się wydawało. Odpycham ją mocno. Nieumiarkowanie w jedzeniu, recytuję głośno, tak, by usłyszała. Grzesznica.

Nie patrzę już na nią, odwracam głowę od jej żałosnego widoku bezwstydnicy.

Ja go zobaczyłem, z własnej woli go zerwałem, ja mam do niego prawo. To ja, jestem bohaterem tej historii.

Gryzę owoc.

Adam budzi się trzy minuty przed ósmą nad ranem, zrywa z łóżka, w pocie czoła narzucając na siebie wygniecioną koszulę sprzed weekendu, spoconą marynarkę i krawat po dziadku. Zerka na telefon; 7 nieodebranych połączeń. Od Ewy. Aktówka w jednej ręce, kluczyki w drugiej, wybiega z budynku w kierunku zaparkowanego używanego Audi 200. Gorączkowo zapominając o zapięciu pasów, wybiera kurs na Domaniewską, pogryzając jabłko, które złapał w pośpiechu, nie może sobie przypomnieć żadnej modlitwy.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz swój komentarz!
Proszę wpisać tutaj swoje imię

Powiązane artykuły

Pozostańmy w kontakcie

26,463FaniLubię
322SubskrybującySubskrybuj
- Reklama -spot_img

Najnowsze Artykuły

Aplikacja Mobilna

Install
×
Skip to content