32,2 C
Warszawa
piątek, 19 sierpnia, 2022

Koło historii czy pętla na szyję? – Jan Lech Skowera

26,463FaniLubię

Wojna na Ukrainie zmienia radykalnie układ geopolityczny w Europie. Widzimy upadek porządku pojałtańskiego, tradycyjnie zwanego Zachodem i Wschodem, którego wyraźna granica przebiegała na Łabie. Na straży Zachodu stało i stoi NATO. Strażnik Wschodu, Układ Warszawski rozpadł się wraz z upadkiem Związku Radzieckiego. Oznaczało to również koniec tzw. zimnej wojny.

Większość europejskich społeczeństw uznała, że koniec zimnej wojny oznacza początek wiecznego pokoju, dobrobytu, wolności i demokracji. Historia miała dobiec końca. Bankructwo sowieckiej Rosji nie było końcem historii. Historii, której karty zapisuje wojna, terror, przemoc, ludobójstwo. Europa po zimnej wojnie przesuwała się systematycznie na Zachód. Do NATO przystąpiły kraje z tzw. bloku wschodniego i niektóre republiki radzieckie. Działo się to tylko dlatego, że Rosja nie miała siły temu się przeciwstawić. Odbudowując, nawet tylko częściowo, swój potencjał militarny i gospodarczy, postanowiła powrócić do aktywnej polityki światowego mocarstwa.

- Autopromocja - KLIKNIJ NA GRAFIKĘ-

Momentem zwrotnym, poligonem doświadczalnym, stała się Syria. Rosja nabrała pewności i postanowiła zagrać o wpływy, już nie na odległym Bliskim Wschodzie, ale u swoich granic. Postanowiła odbić dla swoich wpływów Ukrainę, która z kolei zdecydowała się okcydentalizować, co w konsekwencji oznaczałoby przystąpienie do NATO i Unii Europejskiej.

Europa – świat zachodni – miała dwa wyjścia: uznać to jako święte prawo światowego mocarstwa lub przyznać prawo Ukraińcom do samostanowienia. Wszystko wskazuje na to, że Europa przyjęła tę pierwszą opcję, nie spodziewając się jakiegoś znacznego oporu Ukraińców, jak to się działo w 2014 roku. W tym właśnie przejawia się ta radykalna zmiana europejskich postaw, a tym samym i układu sił. Europa nie opowiedziała się za wolnością, demokracją, zasadą samostanowienia, czym wszem i wobec nieustannie szermuje.

Dlaczego tak się stało? Co zakłóciło idyllę zachodnio-wschodniego kontredansu? Skoro Ukraińcy chwycili za broń, Polska skorzystała z okazji osłabienia Rosji. W trosce o własne bezpieczeństwo, wsparła na dużą skalę Ukrainę. Stany Zjednoczone zrozumiały, że łatwa wygrana Rosji oznacza bardzo mocne uszczuplenie ich wpływów w Europie. Niezależnie od postaw europejskich rządów, społeczeństwa Zachodu stanęły po stronie słabszego – napadniętego. Co też ma znaczący wymiar polityczny. I tu się otwiera wielka szansa dla Polski. Zbieżność żywotnych interesów trzech państw: Stanów Zjednoczonych, Polski i Ukrainy. NATO coś tam deklaruje, bo taka jest wola USA. Zachód wolałby mieć święty spokój i „ciepłą wodę w kranie”.

Ukraina formalnie, przynajmniej obecnie w trakcie wojny, do NATO wstąpić nie może i pewnie pozostanie tak jeszcze przez długie lata, ale widać wyraźnie nieformalną koalicję militarną Stanów Zjednoczonych, Polski i Ukrainy, ze wsparciem Wielkiej Brytanii. Powstaje nowa siła, która zmienia geopolitykę Europy. Polska po stuleciach wchodzi serio na scenę europejską.

Ta odmieniona rola Polski dała przyczynek wielu publicystom do spekulacji na temat scenariuszy dalszego rozwoju sytuacji. Wielu już widzi Polskę w konfederacji z Ukrainą. Inni uważają, że powinniśmy powrócić do formuły państwa wielonarodowego, ponoć tych kilku uchodźców, głownie matek z dziećmi, już czyni Polskę taką. Nie zapominajmy, że te matki z dziećmi wrócą do swoich mężów na Ukrainę, bo przecież oni nie walczą o to, aby później emigrować. To tylko jedna nielogiczność konfederacyjnego rozważania.

Podstawowe to te natury historycznej i politycznej. Zacznijmy od historycznych. Polska weszła fatalnie w sprawy wschodnie przez nieprzemyślaną unię z Wielkim Księstwem Litewskim w 1385 roku. W roku 1569 król Zygmunt August wcielił do Królestwa Polskiego Podlasie, Wołyń i Kijowszczyznę. W ten sposób na Koronę, czyli Polskę spadły wszystkie problemy społeczne, jakie zaczęły się rodzić na jej zadnieprzańskich, południowowschodnich obrzeżach, nazwanych później Ukrainą.

Wyrosła na tych terenach wolna społeczność kozacka nie miała wcale antypolskiego czy antypaństwowego nastawienia; przeciwnie, sama będąc wolna, chciała dołączyć do wolnych obywateli Rzeczypospolitej, tzn. do stanu szlacheckiego. W tej sprawie słali nawet pisma do króla. Problem tkwił w tym że, w Rzeczypospolitej władzę sprawował nie król, a Sejm, czyli szlachta, która odmówiła im tego prawa, uznając, że powinni pokornie przyjąć status chłopa, w praktyce niewolnika.

To jedna z głównych przyczyn powstań kozackich. Wspólna walka ludzi jednoczy, a kiedy Kozacy poczuli się wystarczająco silni zażądali własnego państwa. Kolejna próba rozwiązania problemu, czyli unia hadziacka z 1658 roku, przekształcająca Rzeczpospolitą dwojga w trojga narodów, nie została zrealizowana, a konflikty zażegnane.

Relacje polsko-ukraińskie nie układały się pomyślnie, a przecież mogły, na co było wiele pozytywnych przykładów, chociażby zdobycie Moskwy. Zabrakło politycznej wyobraźni, przede wszystkim sprawnie funkcjonującego państwa. I RP na pewno takim nie była. Nie wyszło to na dobre Polsce i kozaczyźnie też.

Dawni Kozacy, a dzisiejsi Ukraińcy, po wiekach walk osiągnęli cel, własne państwo. Czy dzisiaj będą chcieli się tego dobrowolnie zrzec? Obojętnie na czyją rzecz. Jak pokazuje historia dawne narody i społeczności Rzeczypospolitej nie mogą istnieć bez wsparcia Królestwa Polskiego, a dzisiaj Polski. Dokładnie w takim położeniu jest Ukraina, chociaż obszarowo większa i ludniejsza. Co wcale nie oznacza, że powinna łączyć się z Polską. Jest to pomysł bardzo zły, w pierwszej kolejności dla Polski. Czy historia miałaby zatoczyć koło, a Polska ponownie zacisnąć sobie pętlę na szyi?

Jakiekolwiek pomysły konfederacyjne z państwami dawnej Rzeczpospolitej wcale by Polski nie wzmocniły, wręcz przeciwnie, osłabiłyby ją. Nasz kraj i tak jest słaby, z czego wszyscy zdają sobie sprawę. Tylko nie wszyscy chcą o tym mówić publicznie. Jak przyznał to jeden z republikańskich publicystów: Ostatnim sprawnie funkcjonującym polskim organizmem było Królestwo Polskie za czasów Kazimierza Wielkiego (cytat z pamięci). Diagnoza słuszna. Postulat, że należy zacząć od naprawy państwa polskiego, aby móc wykorzystać te pięć minut , które historia daje Polsce, również. Cóż z tego, skoro nikt nie definiuje sposobu naprawy Rzeczpospolitej, z wyjątkiem monarchistów.

Polska obecnie jest państwem dysfunkcyjnym i w takiej kondycji nie może odgrywać znaczącej roli, jaka się przed nią wyłania. Gubi ją oportunizm obywateli. Tych obywateli, od których oczekiwalibyśmy politycznej wyobraźni, otwartości, ideowości, zaangażowania, ambicji, poświęcenia, zdolności podejmowania decyzji.

Trudno liczyć na funkcjonariuszy partyjnych, czy partyjnych akolitów. W tych przypadkach sytuacja jest jasna. Zatrważa fakt, że również z kręgach tzw. niezależnej opinii: dziennikarzy, pisarzy, przedsiębiorców, ludzi nauki, sztuki, intelektualistów i wolnych zawodów nie wypływa żadna myśl stabilizacji i sanacji rozregulowanego systemu politycznego.

Naiwnością jest liczenie na samonaprawę państwa w wyniku totalnego kryzysu i jego załamania. Z tego kryzysu powinno dźwignąć się państwo silne i zdrowe. Tak uważają niektórzy. Totalny absurd. Przerabialiśmy ten wariant w XVIII wieku. Mieliśmy totalny kryzys i załamanie. Czym się skończyło? Rozbiorami! Podobny los czeka nas teraz. Jeśli pozostaną Amerykanie, to mamy nadzieję przetrwania jako baza Stanów Zjednoczonych, a jeśli się wycofają, to czeka nas powtórka z historii. W obecnej kondycji politycznej Polska nie ma szans na nic, nawet i dalszą egzystencję. Ma natomiast szansę przegapić ten historyczny moment.

W czasach komuny krążył taki dowcip: Kapitanie, okręt tonie. To nic, najważniejsze, że stery są w naszych rękach.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz swój komentarz!
Proszę wpisać tutaj swoje imię

Powiązane artykuły

Pozostańmy w kontakcie

26,463FaniLubię
322SubskrybującySubskrybuj
- Reklama -spot_img

Najnowsze Artykuły

Aplikacja Mobilna

Install
×
Skip to content