1 C
Warszawa
niedziela, 4 grudnia, 2022

Na kartach pamięci – Karolina Zawadzka – Stanisław Srokowski

26,463FaniLubię

Kiedy moja babcia Bogusia dowiedziała się, że będę pisała pracę konkursową, powiedziała, że jej tata, a mój pradziadek, zostawił dla mnie pamiętnik. Pradziadek Tadeusz zmarł, kiedy miałam siedem lat. Przeczytałam ten pamiętnik z wielkim zaciekawieniem i wzruszeniem, choć o niektóre szczegóły i fakty musiałam dopytać babcię.

We wspomnieniach pradziadek cofa się niemal o sto lat, przywołując swojego tatę o imieniu Bronisław, który przez siedem lat służył w armii Hallera lat. Po służbie prapradziadek osiedlił się na Kresach, w Józefówce, w woj. tarnopolskim. Tam w 1926 roku. przyszedł na świat Tadeusz, czyli mój pradziadek. W dzieciństwie chorował na szkarlatynę, a kiedy wyzdrowiał, mógł rozpocząć naukę w siedmioklasowej szkole w Józefówce. W tym czasie jeździł z Tatą do Tarnopola na różne uroczystości związane ze świętami państwowymi, takimi jak 11 Listopada czy 3 Maja. Po pewnym czasie zajęcia w szkole, zostały zawieszone, a dzieci, które chciały uczyć się języka polskiego, uczyły się w domu mojego pradziadka. Przez bardzo długi czas pradziadek jeździł regularnie do swojej babci Franciszki mieszkającej w Starej Zazdrości, pomagał jej w codziennych czynnościach. Mieszkał też u cioci i pomagał w pracach.

I miejsce w konkursie. Świdnica, Szkoła Podstawowa, opiekunka Barbara Bera
- Autopromocja - KLIKNIJ NA GRAFIKĘ-

Był to już czas II wojny światowej. Kiedy pradziadek 13 marca 1944 roku wrócił do domu, Rosjanie wcielili go do wojska. Razem z wojskiem dotarł do miasta Sumy, gdzie został przydzielony do plutonu wartowniczego.

W tym czasie Niemcy zbombardowali miasto Szepietówka i doszczętnie je zniszczyli, a żołnierze, wśród których był też mój pradziadek, ledwo uszli z życiem. Jechali pociągiem przez lasy w stronę Kijowa. Był to pociąg o napędzie parowym, żołnierze nie mieli węgla, więc aby pociąg mógł jechać, musieli ścinać i rąbać rosnące przy torach drzewa. Żeby mieli co jeść, handlowali swoją zimową odzieżą.

W Polsce ruszyli do Lublina przez Chełm. Tam pradziadek skończył szkołę. Potem przydzielono go do 12. pułku piechoty, a potem do wywiadu konnego i pieszego, i był w ,,zwiadzie” do końca wojny.

W jednej akcji „pozyskiwania języka” pradziadek został ciężko ranny. On i jego koledzy zostali obrzuceni przez Niemców granatami, w wyniku czego doznał ciężkiego urazu nóg, więc nie mógł chodzić. Przewieziono go do szpitala polowego w Wędzownie, gdzie przeszedł operację. Następnie zabrano go do szpitala pod Warszawą. Po zagojeniu się ran znów mógł chodzić. Postanowił wtedy odnaleźć swój pułk.

Znalazł go już po wojnie w Warszawie przed świętami Bożego Narodzenia w 1945 roku. Pułk zmienił nazwę na Korpus Bezpieczeństwa Publicznego. Przydzielono go do Korpusu, gdzie był zawodowym żołnierzem w stopniu kaprala. Nie chciał jednak wyjeżdżać z wojskiem na różne zadania, więc pod pretekstem choroby nóg pełnił służbę w kuchni. Pewnego razu wezwał go dowódca, który stwierdził, że „nie będzie mieć z niego pożytku”, po czym zwolnił go z wojska.

Po zwolnieniu z wojska dużo podróżował. Był między innymi na Mazurach, w Krakowie, Wałbrzychu i we Wrocławiu. Zachęcał ludzi do kupowania różnych rzeczy. Dzięki temu dostawał od Żydów produkty żywnościowe. Przez około sześć miesięcy przebywał u kolegi pod Opolem.

W tym czasie do Szybowic pod Prudnikiem przyjechali jego rodzice razem z rodzeństwem. Odebrał ich w Nysie, bo tam przyjechał transport z repatriantami. Ponieważ nie było wolnego domu, jego rodzina mieszkała w wagonach kolejowych. Wreszcie uzyskali dom w Szybowicach, było to gospodarstwo rolne. Zamieszkał razem z rodzicami. Dom był mały, ale przytulny, na dworze była ręczna pompa, z której czerpali wodę. W Szybowicach oprócz Polaków mieszkali też Niemcy, ale później zostali wysiedleni. Pradziadek poznał tam swoją żonę, Janinę, z którą miał pięcioro dzieci (w tym moją babcię, Bogumiłę).

Po jakimś czasie musiał jednak opuścić Szybowice, miał bowiem rozkaz od organizacji, do której należał, czyli od Armii Krajowej, pozyskiwania nowych członków. Pracując jako sprzedawca w Ząbkowicach Śląskich, werbował ludzi do AK. Miał bardzo dużo kontaktów. Ktoś jednak doniósł na niego i ludzie z Urzędu Bezpieczeństwa dowiedzieli się, gdzie mieszkał. Pewnego dnia czekali na niego na schodach. Sąsiadka jednak ostrzegła go, więc przez jakiś czas ukrywał się u swojego przyjaciela. Po dwóch tygodniach został jednak aresztowany. Przeszukali jego dom. Chcieli znaleźć broń, albo maszynę do produkcji ulotek. Nic nie znaleźli. Cały czas myślał, że im ucieknie. Tylko on wśród sprzedawców był z AK. Zamknęli go w Urzędzie Bezpieczeństwa w Ząbkowicach. Przesłuchiwali go, ale on do niczego się nie przyznawał. Przyjechali do Nysy i karetką pogotowia zawieźli do Opola. Kiedy dojechał do Urzędu Bezpieczeństwa, okazało się, że był tam cały pluton chłopaków. Większość była znajoma. Wszyscy z AK. Wsadzili go do jednej celi z kolegą z Szybowic i dwoma innymi ludźmi, natomiast oni nie przyznawali się do siebie, bo nie wiedzieli, czy ktoś nie jest „podstawiony”.

Zaczęło się śledztwo. Przesłuchiwani byli z reguły w nocy. Byli bici i zmuszani do przyznania się, mój pradziadek nie przyznawał się do zarzuconych czynów. Sprawa została zakończona, wszyscy inni z AK przyznali się do przynależności i aktywności.

Zapadły wyroki. Dwóch z grupy Tadeusza dostało karę śmierci. Wielu skazano na dożywotne pozbawienie wolności. W Wielki Piątek odbył się sąd wojskowy przy drzwiach zamkniętych. Zarzucali dziadkowi wrogość wobec ustroju, ale nie przyznawał się, że miał broń. Przyznał się tylko, że był w organizacji, ale w niej nie działał. Sąd orzekł, że był członkiem nielegalnego związku występującego pod nazwą ,,Konspiracyjna Armia Podziemna” mającego na celu walkę z władzą i ustrojem ludowym w Polsce. Sąd skazał pradziadka na karę czterech lat więzienia, utratę praw publicznych i obywatelskich praw honorowych na czas roku oraz przepadek całego mienia na rzecz Skarbu Państwa. Ostatecznie złagodzono karę o 1/3, czyli do dwóch lat i ośmiu miesięcy pozbawienia wolności.

W więzieniu pracował, robiąc meble dla Ministerstwa Sprawiedliwości. Następnie wywieźli go do kamieniołomów w Strzelcach Opolskich, gdzie musiał wydobywać szesnaście wózków kamieni dziennie. Jeżeli tego się nie zrobił, nie dostawał posiłku. Gdy szefowie dowiedzieli się, że puchły mu nogi (rezultat ran wojennych), przenieśli go do wyciągu wózków. Przed 22 Lipca pradziadek chciał zrobić im na złość i zamiast wyładowywać kamienie do wagonów, wyładowywał je na tory. Z tego powodu wzięli go na przesłuchanie. Niczego się nie dowiedzieli. Za karę przenieśli go do pracy przy piecach wypalających kamienie na wapno. Szybko dostał gruźlicy i inne choroby. Przepracował w kamieniołomach sześć miesięcy. Po tym czasie można było pisać prośbę do komendanta o przeniesienie do innej kopalni i tak też zrobił. Przeniesiono go do kopalni węgla kamiennego w Jawiszowicach, niedaleko Oświęcimia, gdzie pracował jako górnik, a skończył jako młodszy rębacz. Miał pod sobą czterdziestu górników więźniów. Trzeba było pisać raporty karne, natomiast mój pradziadek tego nie robił, tylko rozmawiał z nimi. Pracował tak przez dwa lata.

Kiedy już skończył się wyrok, pojechał do rodziców i zajmował się gospodarstwem. Przeprowadzili się do Nowej Rudy. Tam pracował jako hydraulik w Dolnośląskich Zakładach Przemysłu Jedwabniczego „Nowar”, a moja prababcia, czyli jego żona zajmowała się dziećmi.

W 1968 roku pradziadek wyjechał do Katowic. Pracował tam w zakładzie handlowym i zajmował się poszukiwaniem ludzi do pracy. Po około roku zachorował jego ojciec. Pradziadek wrócił do domu w Nowej Rudzie, aby pomóc w gospodarstwie. Po wyzdrowieniu ojca, przeprowadzili się do Starej Kolonii. Po śmierci rodziców, razem z prababcią, prowadzili tam gospodarstwo rolne. Prababcia zmarła jeszcze przed moim urodzeniem, w 2007 roku. Po śmierci żony, pradziadek sprzedał zwierzęta. Zostały tylko kury i kaczki. Czytał wtedy dużo książek .

Od babci wiem, że wyrokiem Sądu Wojewódzkiego w Opolu, dziadek został zrehabilitowany i jego skazujący wyrok został uchylony, a on sam uniewinniony.

Kiedy przeczytałam ten pamiętnik, dowiedziałam się jak to się stało, że przybył na Dolny Śląsk i do Nowej Rudy. Zrozumiałam, jak było mu trudno. Zmarł w 2014 roku, a ja niewiele już pamiętam z rozmów z nim na temat jego historii i naszej rodziny. Tym ważniejszy jest pamiętnik. Jego opowieść zrobiła na mnie ogromne wrażenie, a szczególnie ujął mnie fakt, że te wspomnienia zadedykował właśnie mnie.

Pradziadek Tadeusz na zawsze pozostanie w moim sercu.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz swój komentarz!
Proszę wpisać tutaj swoje imię

Powiązane artykuły

Pozostańmy w kontakcie

26,463FaniLubię
321SubskrybującySubskrybuj
- Reklama -spot_img

Najnowsze Artykuły

Aplikacja Mobilna

Install
×
Skip to content