16,7 C
Warszawa
czwartek, 7 lipca, 2022

Lepsza i gorsza Solidarność – Artur Adamski

26,463FaniLubię

W swym słynnym i do dziś aktualnym traktacie Mikołaj Kopernik zauważał, że pieniądz lepszy jest wypierany przez gorszy. Analizując dzieje świata, jeden z największych historiozofów, Feliks Koneczny zwracał uwagę na prawidłowość, według której niższe cywilizacje zwyciężają nad wyższymi. Każdy, kto miał do czynienia z jakimikolwiek uprawami wie też, ile trudu wymaga wyhodowanie rośliny szlachetnej, podczas gdy marne pospolite zielska w każdych warunkach plenią się kosztem wszystkiego, co bardziej wartościowe.

Wielki ruch Solidarności zawierał w sobie przeróżne nurty, ludzi i środowiska o najrozmaitszej przeszłości. Już we wrześniu roku 1980 niektórzy wyrażali niepokój, związany z napływaniem w szeregi niezależnego związku ludzi o przeszłości nomenklaturowej, rodzinnie powiązanych z wysokimi funkcjonariuszami komunistycznego aparatu terroru. Głosy te były jednak ledwie słyszalne w atmosferze powszechnego przekonania o budowie wielkiej nowej społecznej jakości, opartej na narodowym pojednaniu nawet z tymi, którzy nie tak dawno działali na szkodę tegoż narodu. Wstępowanie do Solidarności ludzi dopiero co należących do partyjnej kasty najbardziej w PRL-u uprzywilejowanych było często postrzegane jako sukces rodzącego się związku. Miał on polegać na tym, że „my pozyskujemy ludzi, których oni tracą”. Dominowało też przekonanie, że wszyscy wywodzący się z PZPR-owskiego „aparatu” są kroplami w morzu zwykłych Polaków – najbardziej uciemiężonych przez komunę, z dziada pradziada katolików, wiernych chrześcijańskim i na wskroś polskim zasadom, obyczajom, tradycjom.

- Autopromocja - KLIKNIJ NA GRAFIKĘ-

Zgodnie ze swą nazwą Solidarność miała być jedna, niepodzielna, a zarazem otwarta dla wszystkich. Taka była oczywiście nie do zaakceptowania przez komunistów. A zarazem miała dzięki temu w swoim składzie ludzi umożliwiających jej rozbicie. A było ono głównym celem stanu wojennego. Przeciwnik podzielony to przeciwnik słabszy, a wprowadzenie terroru umożliwiło też dokonanie selekcji. Po paru latach reżim Jaruzelskiego otwarcie zaczął posługiwać się pojęciem „front porozumienia i walki”. Nie znaczyło to niczego innego, jak tylko: dążymy do porozumienia z kim się da, by razem walczyć z całą resztą. Wtedy właśnie ci, którzy już we wrześniu 1980 roku budzili obawy wśród niektórych działaczy Solidarności, stawali się coraz potrzebniejsi komunistycznym władzom. Wiernych sprawie spychano na margines – zmuszano do emigracji, niszczono ich wizerunek, w skrajnych wypadkach stawali się nawet ofiarami tzw. „nieznanych sprawców”. Tym biograficznie, mentalnie, a czasem wręcz towarzysko czy rodzinnie sobie bliskim – komunistyczny aparat propagandy robił reklamę. Oczywiście żadnej z tych osób nie chwaląc, gdyż byłby to dla nich „pocałunek śmierci”. Sympatię społeczeństwa budowało coś wręcz przeciwnego – przedstawianie wybranych postaci jako rzekomo najbardziej nieprzejednanych. Pozycję jednych budowano mówiąc tak o nich bez przerwy. Innych – skazywano na zamilczenie. Nie był to przypadek, że wśród często pokazywanych w rzekomych „medialnych nagonkach” większość stanowili solidarnościowcy o korzeniach komunistycznych, a czasem po prostu tajni współpracownicy SB w rodzaju TW „Bolka”.

Końcówka lat osiemdziesiątych wyglądała tak, że większość Solidarności, ta bez komunistycznych korzeni, wierna zasadom i w największym stopniu wolna od esbeckiej agentury – była spychana na margines. Odcinała się od niej ta mniejsza część, ale obdarowana przez komunistyczny reżim prawem wydawania wysokonakładowej prasy, prawem mówienia w radiu i telewizji. Ta część nie miała najmniejszych oporów przed dokonywaniem najbardziej jaskrawych podziałów. A mając prawo mówienia tysiąckroć głośniej od tych, których wraz z komunistycznymi partnerami skazała na odcięcie i marginalizację, twierdziła, że reprezentuje całą i najprawdziwszą Solidarność. A cała reszta to tylko nieliczące się oszołomy. Powstający w 1989 roku tzw. „główny nurt mediów”, będący de facto propagandowym quasi-monopolem, już wprost ogłaszał, że w Polsce dokonała się radykalna zmiana. Wytyczona została bowiem nowa linia frontu. Po jednej stronie znalazły się siły związane ze sobą kontraktem okrągłego stołu, a po drugiej ci, którzy mieli zagrażać szczęśliwej polskiej przyszłości– nacjonaliści, antysemici, zoologiczni antykomuniści, narodowo-katoliccy fundamentaliści, polski ciemnogród. Takimi określeniami nazywano właśnie tych, którzy od września 1980 roku radowali się wielkim narodowym pojednaniem, w ramach którego przyjmowano z otwartymi ramionami do wspólnej, otwartej Solidarności także wywodzących się z partyjnej nomenklatury, dalekich od polskich tradycji, wiary w Boga czy narodowych zasad i obyczaju. W imię chrześcijańskiego wybaczenia i solidarnego braterstwa, jak naiwnie wierzono.

Jednym ze świadectw tego, na czym polegała linia podziału, wyznaczona aktem kooptacji części elit solidarnościowych do rządzących Polską elit komunistycznych, była ogłoszona w roku 1992 Lista Macierewicza. Pokazała ona, że „dogadana” z reżimem frakcja solidarnościowców jest nafaszerowana esbecką agenturą. I to w takim stopniu, że 4 czerwca 1992 Sejm, dokonując wyboru za czy przeciw komunistycznej agenturze w elitach polskiego państwa, większością głosów zdecydował, że szpicli prosowieckiego reżimu nie tylko w żaden sposób nie wolno tknąć, ale że mają oni należeć do uprzywilejowanej elity polskiego państwa. A ci, którzy są przeciw agenturze we władzach – nie mają prawa rządzić. Tak zdecydowała okrągłostołowa część Solidarności.

Cóż dobitniej dowodzi, że po rozbiciu ruchu Solidarności jej najgorsza część została wyniesiona do zwycięstwa? Wiadomo, że ta spenetrowana esbecką agenturą, w największej mierze sterowana przez komunistyczny reżim. Wiemy też, że pełna tych, których obsesją jest ojkofobia, pedagogika wstydu, permanentne szerzenie w świecie jak najgorszego, często spreparowanego obrazu Polski i Polaków. Bo to tu skupili się wszyscy, którzy nigdy nie mieli bliższego związku z polską tradycją czy duchowością. Ci, którzy w Polsce żyli, ale nie znali ani Wigilii ani kolędy. To ta część Solidarności, w której skupiły się wszystkie dzieci sowieckiej agentury z Komunistycznej Partii Polski, wszyscy o rodowodzie partyjno-nomenklaturowym. Jeśli w tej grupie byli działacze katoliccy, to też z biografiami wskazującymi, że byli to raczej „funkcjonariusze oddelegowani na odcinek Kościoła”. Jeśli trafili się w tej grupie jacyś kapłani, to rojący o etyce Solidarności i równocześnie piętnujący robotników, zrozpaczonych utratą możliwości utrzymywania swoich rodzin, obelgą „homo sovieticus”. Bo to przecież naturalne, że fabrykę się sprzedaje, a właściciel ma prawo z nią zrobić, co chce.

To, co bywa nazywane historycznym przełomem, ustrojową transformacją czy wręcz obaleniem komunizmu w zasadniczej mierze było więc „maskirowką”, po której dla beneficjentów tego procesu wszystko pozostało tak, jak było. A nawet – od tego czasu było im zdecydowanie lepiej. Wyselekcjonowana, najgorsza część Solidarności wygrała z wielekroć liczniejszą, z tą lepszą czy po prostu prawdziwą, której członkowie za ten proceder zapłacili potworną cenę. Proces schodzenia z fałszywej i zgubnej dla Polski drogi został uruchomiony dopiero w roku 2015. Dopiero wtedy do władzy doszły siły wywodzące się z lepszej czy po prostu prawdziwej Solidarności. W Bogu nadzieja, że wielkie oszustwo, którego ofiarą padła Polska na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, więcej się nie powtórzy.

Cena zepchnięcia z dobrej, właściwej dla niej drogi, teraz mogłaby być jeszcze straszliwsza od tej, której Polska doświadczyła 33 lata temu.

Artur Adamski

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz swój komentarz!
Proszę wpisać tutaj swoje imię

Powiązane artykuły

Pozostańmy w kontakcie

26,463FaniLubię
322SubskrybującySubskrybuj
- Reklama -spot_img

Najnowsze Artykuły

Aplikacja Mobilna

Install
×
Skip to content