16 C
Warszawa
sobota, 21 maja, 2022

Wrocław obcy polakom? – Artur Adamski

26,463FaniLubię

W szerokim świecie publikuje się bardzo dużo książek kretyńskich i jeszcze więcej – bardzo nieuczciwych. Czasem się zastanawiam po co ktoś zadaje sobie trud tłumaczenia tych bzdetów, drukowania i zaśmiecania nimi półek polskich księgarń. I czasem jednak dochodzę do wniosku, że może służy to naszej wiedzy o tym, co np. nosi pod swoją czupryną jakiś żałosny niemiecki półgłówek. A może ściślej – w co przepoczwarzył się niemiecki sposób myślenia, kiedy już, przynajmniej teoretycznie, bliski każdemu Niemcowi przestał być hitleryzm. Cóż – Niemcy to nasi sąsiedzi. Może więc warto sięgnąć i do ich książek. Nawet wtedy, gdy są bezdennie głupie i skrajnie nieuczciwe. Cóż – taki jest niemiecki standard, co widzimy po ich polityce, po „jakości” ich kanclerzy, po „jakości” ich sumień.. I przeczytać, co tam ich rozumki napłodziły, jeśli już na te niemieckie pierdoły poświęcono drzewa, ścięte celem wyprodukowania papieru na te ich szkopskie kocopały.

Poświęcona Wrocławiowi książka Gregora Thuma spotkała się z szeregiem entuzjastycznych ocen. I rzeczywiście – unikatem jest stworzone przez Niemca dzieło o śląskiej historii, zawierające podobny ładunek kojącej polskie uczucia empatii. Recenzenci pomijają jednak milczeniem wiele wątków pracy.

- Autopromocja - KLIKNIJ NA GRAFIKĘ-

„Zaprowadzanie polskości” we Wrocławiu po 1945 przedstawia autor jako wielką groteskę. Bez wątpienia sytuacji kuriozalnych w tym szczególnym czasie nie brakowało. W realiach ciągle jednak de facto wojennych nie mogły one przecież stanowić tego, co było w nich najważniejsze. Z ironia traktuje też wprowadzanie na Dolnym Śląsku polskiego nazewnictwa. Zupełnie, jak by nie wiedział, że większość nazw miejscowych ma w tym regionie rodowód słowiański. Wśród związanych z Nadodrzem Czechów takie właśnie imiona miast i wsi były w użyciu nie tylko w dawnych wiekach. Skutecznie zakazano posługiwania się nimi dopiero w czasach III Rzeszy, kiedy to właśnie w celu zatarcia niechcianych śladów zmieniono imiona tysiącom wiosek. Polonizacja nazw nawet miejscowości bez polskiego rodowodu też nie stanowiła problemu. Także dla nich (np. dla Wałbrzycha) istniały odpowiedniki słowiańskie, używane od stuleci jeśli nie przez polskojęzycznych Ślązaków to przez Czechów.

Żenującym, permanentnym nieporozumieniem, powtarzającym się w niemieckich książkach o powojennej historii Śląska, jest utożsamianie władz komunistycznych ze społeczeństwem. Zupełnie, jakby historycy zza Odry nie mieli pojęcia o tym, jak wiele narzucony Polsce reżim czynił wbrew woli narodu. Kilkadziesiąt stron autor poświęcił pastwieniu się nad „polskimi” publikacjami o historii Dolnego Śląska. Czy słyszał coś o PRL – owskiej cenzurze, która przez długie dziesięciolecia nie dawała żadnych szans druku niczemu, co by nie pasowało do propagandowej sztancy? A trzeba by dodać, że w cieszącej się wolnością słowa Republice Federalnej historia Śląska ukazywana była w sposób przeciwstawny a wcale nie bardziej rzetelny, niż w stalinowskim PRL –u. Gregor Thum potrafi jednak powoływać się na dzieła autorów niemieckich, przy których „Trybuna Ludu” mogłaby uchodzić za wzór bezstronności. Dowiadujemy się więc m.in. o tym, że do lata 1947 w wyniku antysemickich zamieszek w Polsce zginąć miało 1500-2000 Żydów. Rzeż na Wołyniu, Podolu i Pokuciu Thum nazywa konfliktem narodowościowym, w którym po obu stronach padło dziesiątki tysięcy ofiar. Poinformowani zostajemy też o losie tysięcy Niemców, którzy po klęsce Rzeszy trafili do piekła polskich obozów koncentracyjnych (…), gdzie warunki bytowania niewiele różniły się od tych panujących w obozach hitlerowskich. Pojawieniu się tematu rozmaitych polskich win, wziętych z sufitu tak, jak te tysiące Żydów zabitych przez Polaków w „wyzwolonej” Polsce, czy ukazaniu tragedii Wołynia tak, że nie wiadomo kto kogo tam mordował, towarzyszy tradycyjne niemieckie zaniżanie rozmiaru polskich strat, poniesionych w II wojnie światowej. Z kolei pisząc o niemiecko – polskich stosunkach w XIX w. Thum stwierdza, że obydwie strony czerpały z jednego źródła- bezkompromisowego nacjonalizmu. Tak jakby nie zauważył, że celem niemieckiego nacjonalizmu była wtedy ekspansja i unicestwienie polskości. Nasze cele nie były tak „ambitne” – nam chodziło tylko o przetrwanie.

Wrocław w dziele pt. Obce miasto nie jest więc bynajmniej tematem jedynym a opis jego powojennych losów zdaje się być dopasowywany do kilku z góry założonych tez. Pierwszą jest rzekoma zupełna obcość „Ziem Odzyskanych”, na których Polacy przez całe pokolenia mają nie posiadać poczucia „bycia u siebie”. Tezę tę Thum opiera m.in. na publikacjach Włodzimierza Kalickiego – publicysty „Gazety Wyborczej”, podniesionego w książce do miana wielkiego eseisty pewnie tylko z racji głoszenia przez niego tezy o miastach w zachodniej Polsce, które ciągle nie są nasze. Stałym motywem w Obcym mieście jest polskie poczucie tymczasowości. Niegdyś naturalne, od dziesięcioleci należy przecież do przeszłości, choć myśl taka, ze szkodą dla polskiej racji stanu, kolportowana jest do dziś przez mędrków z kręgu byłego prezydenta miasta, wg których jakoby pół wieku po wojnie to Bogdan Zdrojewski miał stać się twórcą wrocławskiej tożsamości. Pasuje to do uparcie przemycanej przez Thuna tezy, wg której poszukiwania historycznych związków Wrocławia z Polską może polegać tylko na budowaniu mitów. Autor nie cofa się tu zresztą przed negowaniem faktów, których zakwestionować się nie da, jak choćby pobytów we Wrocławiu Aleksandra Fredry. Czy to efekt tylko braku wiedzy, czy forsowanie „w zaparte” przyjętego założenia, wobec którego ustąpić muszą jakiekolwiek polsko – wrocławskie epizody?

Głównym zamysłem autora Obcego miasta wydaje się być przedstawienie Wrocławia jako metropolii historycznie jednoznacznie niemieckiej, która z polskością prawie nigdy nie mała wiele wspólnego, lecz w efekcie wybryku dziejowych wypadków – jednak przez Polaków została zasiedlona. Rozwiązaniem tego rzekomego gordyjskiego węzła miałoby być „odnalezienie się” śląskiej metropolii w tożsamości europejskiej, niwelującej wszelkie narodowe konotacje. Cóż – z punktu widzenia niemieckich „Europejczyków”, tęskniących do dawnych wschodnich zdobyczy, urzeczywistniana dziś wizja kontynentalnego superpaństwa, na pewno jest bardzo atrakcyjna.

Artur Adamski

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz swój komentarz!
Proszę wpisać tutaj swoje imię

Powiązane artykuły

Pozostańmy w kontakcie

26,463FaniLubię
321SubskrybującySubskrybuj
- Reklama -spot_img

Najnowsze Artykuły

Aplikacja Mobilna

Install
×
Skip to content