23,6 C
Warszawa
poniedziałek, 15 sierpnia, 2022

Zapomniany protest w Zielonej Górze w 1960 roku na tle sytuacji w Polsce – Dorota Skibińska-Ogłozińska

26,463FaniLubię

Trudno ustalić, ile osób zostało rannych. Jak zawsze w takich sytuacjach ludzie bali się zgłaszać do lekarza, obawiając się służb bezpieczeństwa czy milicji. Większość leczyła się w domu. Niektórzy nie mogli obyć się bez fachowej pomocy – mieli ciężkie obrażenia, złamane żuchwy, ręce, nogi, żebra.

Nad miastem unosił się dym, na ludzi padł strach, bali się rozmawiać o wydarzeniach. Jednak władza była zaskoczona liczbą protestujących i miała poczucie klęski, do której nie chciała się przyznać. Jeszcze tego samego dnia późnym wieczorem w siedzibie KW PZPR odbyła się „narada” przedstawicieli podstawowych organizacji partyjnych, prowadzona przez sekretarza do spraw propagandy Komitetu Wojewódzkiego. W następnych dniach w zakładach i szkołach zwoływano wiece potępiające uczestników, podawano do wiadomości jedyną słuszną wersję, że „chuligańskim wybrykom” winien jest „kler i imperialistyczni rewizjoniści”, znacznie zawyżano wartość „zniszczeń mienia społecznego”. Jedni wierzyli (skoro tak mówią, to coś w tym jest), innych wystraszyły wysokie wyroki i życiowe dramaty skazanych.

- Autopromocja - KLIKNIJ NA GRAFIKĘ-

1 czerwca na zebraniu egzekutywy KW PZPR I sekretarz KW wydał dyspozycję, by szybko rozstrzygać sprawy zatrzymanych. W poważnych sprawach dawać wysokie wyroki, resztę powyrzucać z fabryk z zakazem przyjmowania do innych zakładów. Co do młodzieży szkolnej – nie dopuścić do zakończenia roku szkolnego, pozbawić prawa nauki w szkołach. Prywaciarzom, którzy pomagali, zlikwidować sklepy i wyrzucić z miasta, przyjrzeć się właścicielom pobliskich knajp. Prezydium WRN podjęło uchwałę o przyśpieszonym trybie postępowania. W Zielonej Górze nadal przebywali przedstawiciele Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Prokuratury Generalnej. 2 czerwca Urząd do Spraw Wyznań zalecił usunięcie ks. Michalskiego z miasta.

Pierwsze wyroki zapadły już w połowie czerwca. Ogółem na karę więzienia skazano sto trzydzieści dwie osoby. Dwanaście osób zostało skazanych na trzy lata więzienia, sześć osób na cztery lata, a jedna aż na pięć lat.

Sąd Powiatowy w Zielonej Górze najczęściej skazywał ludzi za to, że działając z pobudek chuligańskich, brali udział w zbiegowisku publicznym, obrzucając kamieniami interweniujących funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej, tj. za przestępstwo z art. 133 § 1 kodeksu karnego.

Ponieważ uczestnicy protestu w Zielonej Górze nie byli skazywani za działalność polityczną tylko za chuligaństwo i rozbój, zgodnie z rozporządzeniem ministra sprawiedliwości w sprawie archiwizowania akt sądowych dokumentacja sądowa podległa zniszczeniu po dwudziestu latach.

Na lata zapadło milczenie. Zapytałam kilku znajomych, co się wtedy mówiło. Wspominali, że po 1960 roku wszechobecny był strach, ludzie bali się nawet w domach rozmawiać o tym, co się stało i że komuna jest straszna. Ktoś opowiadał, że przypadkiem się tam znalazł, ale udało mu się uciec. I że na szczęście go nie złapali, bo miałby złamane życie. Bano się mówić o tym, dopiero w ostatnich latach coś się zmieniło.

Trudno jest dotrzeć do uczestników wydarzeń. Przez lata żyli z piętnem chuliganów, uczestników rozboju. Wielu było młodych, nieprzygotowanych do roli opozycjonisty. Zareagowali spontanicznie, nie przewidując tak ostrej reakcji władzy. Część, mając do wyboru więzienie lub współpracę ze służbą bezpieczeństwa, wybierała współpracę, żeby móc jakoś ułożyć sobie życie. Czasy się zmieniły i teraz dźwigają inne brzemię – TW. Część po odsiedzeniu wyroku wracała z piętnem chuligana i kryminalisty, co wiązało się z problemami z podjęciem pracy. Zwłaszcza, że SB wiedziała, jak nawet po latach utrudniać życie, sama coś o tym wiem. Część zmuszono do opuszczenia miasta. Rodziny, znajomi wstydzili się kryminalistów. Często nawet w domu nie zachowały się żadne dokumenty, bo kto chciałby trzymać papier, że odsiedział wyrok jako kryminalista. Po sierpniu 1980 roku, który na chwilę mógł przynieść nadzieję na jakąś zmianę (jaką? nie byli przecież polityczni), było już za późno, minęło dwadzieścia lat i akta zniszczono. Nawet po czerwcu 1989 roku, kiedy nastąpiła trwała (?) zmiana, przez pierwsze lata nikt nie chciał rusza

tego tematu. Dzisiaj, ci co jeszcze żyją, mają ponad osiemdziesiąt lat.

Osiemdziesięciodwuletnią panią Danutę poznałam na początku 2018 roku. Poproszono mnie o pomoc w uzyskaniu dla niej statusu osoby represjonowanej. W 1960 roku była młodziutką dziewczyną, miała dwadzieścia cztery lata, właśnie szykowała się do ślubu, za cztery dni miała wyjść za mąż i spodziewała się dziecka. Wychodząc po pracy z Polskiej Wełny, pokazała język przejeżdżającej milicyjnej „suce”. Natychmiast została zatrzymana i przewieziona do aresztu w Nowej Soli. Ponad miesiąc czekała na rozprawę w celi, w której na trzypiętrowych łóżkach spało dwadzieścia sześć osób. Dwóch milicjantów zeznało, że rzucała kamieniami. 4 lipca została skazana na rok i sześć miesięcy więzienia. Obrońca oskarżonej wniósł rewizję, ale Sąd Wojewódzki utrzymał wyrok w mocy. Trzymiesięczny pobyt w areszcie spowodował u niej stany lękowe i nerwicę, które doprowadziły ją do próby samobójczej. Po tym czasie została przewieziona do zakładu karnego w Słońsku koło Gorzowa Wlkp., gdzie spędziła piętnaście miesięcy. Przeżyła osiemnaście miesięcy bez możliwości zobaczenia kogokolwiek bliskiego, nie miała prawa do odwiedzin. W więzieniu poroniła. Po zwolnieniu nie miała nawet pieniędzy na powrót do domu. Jej życie legło w gruzach, długo żaden zakład nie chciał jej zatrudnić. Gdy ją poznałam była po dwóch wylewach, otrzymywała bardzo niską emeryturę. Po długich staraniach, spowodowanych zniszczeniem dokumentacji sądowej, dostała status osoby represjonowanej. Dzięki pomocy innych, po ponad dwuletnich zabiegach, pod koniec 2021 roku otrzymała kasację wyroku.

Pan Tadeusz brał udział w walkach o Dom Katolicki, miał wtedy osiemnaście lat. Milicja zatrzymała go następnego dnia, nie wiadomo, czy na skutek donosu, czy może na podstawie zdjęć robionych przez funkcjonariuszy. Do czasu rozprawy siedział w areszcie śledczym przy ulicy Łużyckiej w Zielonej Górze. Został skazany na trzy lata pozbawienia wolności. Przewieziono go do więzienia w Czarnem koło Koszalina, a po pewnym czasie do więzienia w Iławie, znajdującym się w połowie drogi między Grudziądzem a Olsztynem. Odbył wyrok w całości, do 2 czerwca 1963 roku. Po wyjściu z więzienia miał problemy ze znalezieniem pracy. W maju 2017 Prezydent Andrzej Duda wręczył mu Krzyż Wolności i Solidarności. Jest jednym z tych, którym udało się uzyskać kasację wyroku.

Pan Franciszek miał 36 lat, był bardzo dobrym, pogodnym człowiekiem. Aresztowano go 1 czerwca, gdy wracał rowerem z pracy. Chora żona uciekła wtedy ze szpitala, by zaopiekować się zostawionym w domu dwunastoletnim synem. Wyrok – cztery lata. Obrońca wniósł rewizję, ale Sąd Wojewódzki utrzymał wyrok w mocy. Skazanego wysłano do Obozu Pracy Więźniów koło Złotoryi, prawdopodobnie do Wilkowa. Pierwsze tego typu obiekty w Polsce zorganizowano już w 1945 roku. Od 1948 roku rozpoczęto tworzenie rozbudowanej sieci obozów pod nazwą Ośrodki Pracy Więźniów (OPW), funkcjonujących początkowo przy więzieniach, następnie jako samodzielne jednostki. Na Dolnym Śląsku w latach 1950–1953 uruchomiono pięć obozów pracy m.in. w Wilkowie koło Złotoryi, gdzie więźniowie byli zatrudnieni w kopalni. Ponieważ dwunastogodzinny dzień przymusowej pracy w kopalni był liczony podwójnie, pan Franciszek wrócił do domu po dwóch latach, z pylicą płuc. W domu, tak jak wszędzie, nie rozmawiało się ani o wydarzeniach z 1960 roku, ani o pobycie w więzieniu. Był to temat drażliwy. Do dziś nie wiadomo, czy brał udział w zajściach. Zmarł w grudniu 1992 roku, nie doczekawszy się żadnej rehabilitacji. Po ponad trzech latach od tzw. Okrągłego Stołu i upadku komunizmu w Polsce nikt nadal nie chciał zajmować się tym protestem.

Ksiądz Kazimierz Michalski w wyniku zajść musiał opuścić miasto i już nigdy do niego nie wrócił. Zmarł „na wygnaniu” w Poznaniu w 1975 roku. Parafianie nie zapomnieli o swoim proboszczu i w 1985 roku w kościele św. Jadwigi odważyli się umieścić tablicę pamiątkową. 13 marca 2010 roku proboszcz symbolicznie powrócił do Zielonej Góry. Jego szczątki przeniesiono do grobowca dla zasłużonych kapłanów przy konkatedrze pw. św. Jadwigi.

Dopiero po trzydziestu pięciu latach od wydarzeń i po sześciu latach od częściowo wolnych wyborów, w 1995 roku, ukazała się książka Tadeusza Dzwonkowskiego „Wydarzenia Zielonogórskie w 1960 roku”. W 2000 roku, w czterdziestą rocznicę, nadano nazwę „30 maja 1960 roku” małej uliczce przy Filharmonii Zielonogórskiej, mieszczącej się w dawnym Katolickim Domu Społecznym. W roku 2010, w pięćdziesiątą rocznicę wydarzeń zielonogórskich, na placu Powstańców Wielkopolskich przed filharmonią odsłonięto nowoczesny w formie pomnik upamiętniający wydarzenia. Tego roku nawet w Senacie została otwarta wystawa „30 maja 1960 w Zielonej Górze. W obronie Domu Katolickiego”. Wśród zaproszonych gości byli także czterej uczestnicy wydarzeń zielonogórskich. Na stronie Senatu napisano: Otwierając wystawę, marszałek Bogdan Borusewicz podkreślił, że jej celem jest przypomnienie dramatycznych wydarzeń sprzed 50 lat w Zielonej Górze. Było to jedno z ważniejszych wystąpień w komunistycznej Polsce między Poznańskim Czerwcem 1956 a Marcem 1968. 23 kwietnia 2011 roku imieniem ks. Michalskiego nazwano jedną z nowych ulic w Zielonej Górze.

Tylko że dla większości ze stu trzydziestu dwóch skazanych nadal nic się nie zmieniło.

Od kilku lat w każdą rocznicę wydarzeń zielonogórskich organizowane są uroczystości, inscenizacje, odprawiane są Msze św. Chwała za to pomysłodawcom i organizatorom. Ale ze świecą szukać na nich uczestników tamtych dni, no chyba że akurat są odznaczani, chociaż na ogół pośmiertnie. Są za to wysocy przedstawiciele władz wojewódzkich, samorządowych, dowódcy wojska i policji i wiele ważnych osobistości. Ich się wita, a oni, ci skrzywdzeni? Jakoś nie słychać, by gremialnie dostawali odszkodowania, by ktoś o to zabiegał. Czasem bliscy próbują nieporadnie coś zrobić, ale walka o kasację wyroku, którego nie ma w dokumentach to walka z wiatrakami. Jeśli ktoś ma jeszcze siły, upór i pomoc, czasem po kilku latach coś osiąga. W sprawie uczestniczki wydarzeń, o której wspominałam, jej przyjaciółka tak długo, pisała i wydzwaniała do ministra sprawiedliwości, Rzecznika Praw Obywatelskich i „wszystkich świętych”, że po kilku latach uzyskała kasację wyroku.

Teraz mogłaby wystąpić o odszkodowanie, ale jest za późno, brak jej sił i zdrowia, a do tego życie się zbyt skomplikowało.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz swój komentarz!
Proszę wpisać tutaj swoje imię

Powiązane artykuły

Pozostańmy w kontakcie

26,463FaniLubię
322SubskrybującySubskrybuj
- Reklama -spot_img

Najnowsze Artykuły

Aplikacja Mobilna

Install
×
Skip to content