27,4 C
Warszawa
poniedziałek, 4 lipca, 2022

IGRZYSKA HIPOKRYZJI – Artur Adamski

26,463FaniLubię

Pierwszą odnotowaną ofiarą dopingu był biegacz długodystansowy któremu, gdy do zwycięstwa wystarczyło przebiec jeszcze tylko około stu pięćdziesięciu metrów a słaniał się na nogach, ktoś podał szklaneczkę bardzo mocnego alkoholu. Maratończyk wypił, po czym niemal sprintem przekroczył linię mety. I kilka sekund później, jak rażony piorunem, padł na bieżnię. Był martwy.

Z moich dziecięcych lat pamiętam nie kończące się dyskusje o fenomenie sportowych osiągnięć wschodnich Niemiec. Niewielkie NRD w rankingach medalowych kolejnych igrzysk potrafiło zajmować miejsce w pierwszej piątce, tuż obok potęg takich, jak Związek Sowiecki i Stany Zjednoczone. Większość tych sukcesów było dziełem młodziutkich zawodniczek i zawodników, zdających się nie mieć równych w różnych dyscyplinach lekkoatletycznych. Po latach „szydło wyszło z worka” po tym, jak z enerdowskimi sportowcami zaczęły się dziać dziwne rzeczy – zapadali na przedziwne choroby, ich ciała zaczynały przybierać posturę monstrualnych mutantów i co chwilę młodzi ludzie, jeszcze nie tak dawno zdający się być okazami zdrowia, jeden po drugim umierali głównie z przyczyny niewydolności krążeniowych. W końcu ktoś wpadł na trop istnego farmakologicznego kombinatu, którego jedynym przeznaczeniem było szprycowanie, na niezliczoną ilość sposobów, często bardzo młodych zawodniczek i zawodników. Ujawniona też została metoda, stanowiąca kwintesencję enerdowskiej sztuki dopingu. Przy okazji wyjaśniającą, dlaczego w reprezentacji NRD góry medali zgarniały przede wszystkim osoby płci żeńskiej. I niewykrywalną, gdyż nie wymagającą podawania żadnych środków farmakologicznych. Specjaliści od medycyny sportowej tego kraju niemieckich robotników i chłopów odkryli bowiem, że w określonym dniu ciąży organizm kobiety osiąga absolutnie maksymalną, niedostępną innymi metodami, zdolność mobilizowania energii. Doszli więc do wniosku, że o olimpijskim zwycięstwie przesądzić może doprowadzenie do tego, że ciężarna zawodniczka do startu po złoty medal przystąpi właśnie w dniu owej energetycznej mega – koncentracji. Jak wymyślili – tak zrobili. Po obliczeniu, w którym dniu powinno nastąpić zapłodnienie, do odpowiednich czynności przystępowali dawcy nasienia. Jedynie do pewnego stopnia dało się ustalić, jakie osoby odgrywały wśród nich największą rolę. W części byli to lekarze wyposażeni w strzykawki ze spermą. Wiadomo też jednak, że sposobem jak najbardziej naturalnym dostarczali jej zawodniczkom także działacze sportowi oraz koledzy, zwykle z różnych sekcji, ale tego samego klubu. Czyli takie jakby „nieco rodzinne” podejście do tematu. Zgodnie z prostą kalkulacją, że im materiału nasiennego więcej, tym prawdopodobieństwo zajścia w ciążę wyższe, maksymalizowano liczbę tych, którzy do zapłodnienia mogli doprowadzić. Liczby partnerów, z którymi w ciągu jednego dnia miały się zbliżać przyszłe medalistki, potrafią przyprawić o zawrót głowy. Tym bardziej, że często chodziło o zawodniczki w dziecięcym jeszcze wieku. Ktoś może spróbuje optymistycznie domniemać, że korzyścią z tego procederu było następne pokolenie mistrzów sportu. Niestety, tak szczęśliwie to się nie kończyło. Po wysłuchaniu hymnu, towarzyszącego ceremonii dekoracji medalowej, niemal wprost z podium dziewczynki zabierano do szpitala. I bywało, że nim jeszcze poddano je zabiegowi zwanemu wówczas skrobanką, już planowano następne zawody – mityngi, spartakiady czy mistrzostwa. A je też trzeba było przecież poprzedzić procedurą kolejnego zapłodnienia, która także powinna mieć miejsce w dokładnie obliczonym dniu.

- Autopromocja - KLIKNIJ NA GRAFIKĘ-

Niektórzy zadawali pytanie, jak to było możliwe, że sprawa przez tak długi czas nie wychodziła na jaw. Należy więc przypomnieć, że NRD było państwem o rekordowej liczbie obywateli najściślej związanych z komunistycznymi specjalnymi służbami. Co trzeci pełnoletni mieszkaniec wschodnich Niemiec był agentem STASI. Świadomość ryzyka, jakim było nie dość ścisłe „trzymanie buzi na kłódkę”, była powszechna. Za niedostatek dyskrecji w sprawach stokroć mniejszego kalibru można było stracić nie tylko wolność, ale i życie. A poza tym gorliwi dostawcy materiału nasiennego wiedzieli, że ich lojalność będzie nagradzana m.in. udziałem w przygotowaniach różnych zawodniczek do startów w kolejnych zawodach.

Zdawało się, że po ujawnieniu potwornych procederów, skutkujących śmiercią ludzi i przekształcającymi zmagania sportowe w rywalizację zbrodniarzy, tego rodzaju odrażające procedery wreszcie zostaną skutecznie ukrócone. Nauczkę mieli dostać Rosjanie, przyłapywani na dopingu w skali masowej. Okazało się jednak, że ich rzekome wykluczenie z zawodów polega jedynie na zmianie flagi. Zupełnie tak, jakby udział pod flagą Rosji czymkolwiek się różnił od udziału pod flagą Rosyjskiego Komitetu Olimpijskiego. W tym, jakie standardy obowiązują dziś w międzynarodowym ruchu olimpijskim, też najlepiej zorientowało się właśnie państwo Putina. No bo jeśli rzekomo wykluczeni i tak mogą na igrzyskach startować, to przecież trzeba być frajerem, żeby startujących zawodników znowu nie naszprycować. Tak przynajmniej myśleć musieli szefowie rosyjskiego sportu. I od razu okazało się, że jak najbardziej mieli rację. Bo cóż z tego, że zawodniczka reprezentująca państwo rzekomo z igrzysk wykluczone, przyłapana została na dopingu? Znalazł się sposób na to, by to uzasadnić i farmakologicznym sposobem zdobyty medal – odebrać.

Od kilku dni zastanawiam się, czy ja te Himalaje hipokryzji chcę jeszcze oglądać? Czy chcę sobie w ogóle zaśmiecać umysł informacjami o jakichś startach i wynikach? Przecież jeśli zmieniła się istota tych zmagań to przecież powinienem oglądać je tam, gdzie one naprawdę się odbywają. Czyli zwiedzać laboratoria i fabryki przemysłu farmaceutycznego.

Artur Adamski

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz swój komentarz!
Proszę wpisać tutaj swoje imię

Powiązane artykuły

Pozostańmy w kontakcie

26,463FaniLubię
322SubskrybującySubskrybuj
- Reklama -spot_img

Najnowsze Artykuły

Aplikacja Mobilna

Install
×
Skip to content