17,3 C
Warszawa
poniedziałek, 4 lipca, 2022

Dyktat „mediów społecznościowych”? (cz. 2)

26,463FaniLubię

W 2020 r. Facebook, Twitter i należący do właścicieli Google’a holdingu Alphabet Inc., YouTube otwarły swoje siedziby w Turcji. W ostatnią sobotę, 11 grudnia 2021 r. Recep Tayyip Erdogan, posiadacz prywatnych kont na owych platformach, stwierdził: Media społecznościowe, które, gdy pojawiły się, nazywane były symbolem wolności, stały się jednym z głównych źródeł zagrożenia dla dzisiejszej demokracji.W styczniu 2021 r. po tym, jak konta ustępującego amerykańskiego prezydenta zostały tymczasowo zablokowane, przez świat zachodni przetoczyła się fala oburzenia. Niemal każdy amerykański komentator publicznie zabrał głos w sprawie, potępiając potentatów branży High Tech, bądź to za opieszałość w ich likwidacji, bądź to za zamach na podstawowe prawa obywatelskie. Obydwaj politycy tu i ówdzie oskarżani są tymczasem właśnie o zamach na demokrację. O co tutaj chodzi?

Świat „mediów społecznościowych” stał się globalną platformą, na którą przeniósł się cały niemal świat konwencjonalnej polityki, ale na którą trafiały wspomniane skrajności i przypadłości, od fanatyzmu religijnego, antyreligijnego i politycznego po obsceniczny kult ciała, podniebienia i pieniądza, podlane sosem misinformacji i dezinformacji, potęgującym rozmiar spustoszenia w umysłach użytkowników. Szeroki zbiór opinii i poglądów nieporównywalnie trudniejszych do przesiania i zdefiniowania aniżeli pospolite przestępstwa czy zjawiska takie, jak pornografia.

- Autopromocja - KLIKNIJ NA GRAFIKĘ-

Terroryzm i ekstremizm

MS skazane były od początku również na to, by stać się siedliskiem także wszelkich możliwych ideologicznych skrajności. Wartym przytoczenia exemplum są środowiska graczy gier online, toczące na swych forach nieskrępowane dyskusje o całym, tak naprawdę, otaczającym graczy świecie. Właśnie przez ów brak myślowych barier stały się one celem werbowników organizacji skrajnych, zarówno tych o profilu anarchistycznym, antysystemowo-wolnościowym, jak i ekstremistycznym oraz terrorystycznym, że wymieni się ISIS.

W 2015 r. Facebook został pozwany na sumę $1 miliarda przez krewnych obywateli amerykańskich zabitych w ataku „samotnego wilka” w Gazie. W pozwie stwierdzono, że firma „świadomie dostarczała wsparcia materialnego” terrorystom, zapewniając im środki transmisji ich propagandy. W podobnym czasie 20 tys. Izraelczyków złożyło pozew zbiorowy przeciwko Facebookowi za przemoc, której dotąd padli ofiarą jakoby z winy korporacji, ale również na poczet przyszłych uszczerbków na zdrowiu, jakich mogą doświadczyć.

Rosnące w USA oburzenie spowodowało, że w 2015 r. Kongres USA znalazł się bardzo blisko uchwalenia prawa regulującego status korporacji socjalmedialnych. W przygotowanym projekcie ustawy znalazł się obowiązek ujawniania przez MS odpowiednim organom każdego przypadku „aktywności terrorystycznej”. W tym samym roku kandydat w wyborach prezydenckich Donald Trump zszokował republikańskie, raczej prowolnościowe szeregi, opowiadając się za internetową cenzurą i parcelacją dużych podmiotów.

„Musimy porozmawiać z [prezesami High Tech] o wyłączeniu Internetu w pewnych obszarach. Ktoś powie: »Wolność słowa, wolność słowa«. To są głupcy” – stwierdził.

Trump pozostawał krytykiem „mediów społecznościowych” przez cały okres swej prezydentury, zwłaszcza pod jej koniec, gdy Twitter i Facebook zaczęły oznaczać jego wpisy oparte na błędnych lub zmanipulowanych przez niego samego informacjach. Wtedy Trump stał się zdeklarowanym obrońcą wolności słowa. Wykorzystywał wciąż fakt, że znajdował się pod swoistą osłoną sprawowanego przez siebie stanowiska. Podczas gdy „przeciętni” użytkownicy indywidualni lub instytucjonalni tracili swe konta permanentnie lub na stałe czasem za niewinną wymianę poglądów lub nieostrożną sugestię, Trump cieszył się immunitetem, który gwarantowali mu szefowie tech-gigantów znajdujących się w obszarze szczególnego zainteresowania rządzących właśnie.

Na swoim koncie Trump począł dawał upust coraz mroczniejszym instynktom. W świecie wirtualnym wymykał się wszelkim ograniczeniom wynikającym z systemu checks and balances. Tu przestawał być prezydentem republiki, a stawał się władcą absolutnym. W ciągu tej samej minuty zdążył postraszyć inne stolice wojną nuklearną, wyrzucić z pracy ministra i składać deklaracje, które omijały proces biurokratyczno-legislacyjny. Najtęższe analityczne i polityczne głowy zastanawiały się, czy jego wpisy traktować poważnie. Sam Trump porównał swoje konto na Twitterze do „posiadania własnej gazety”, oczywiście takiej, w której publikuje tylko on sam; gazety trafiającej do „rąk” 89 milionów odbiorców; gazety wymykającej się wszelkim regulacjom i niepodlegającej, jak on sam, prawnej odpowiedzialności. Gazety będącej bezkarnym ośrodkiem dezinformacyjnym, zagrażającym bezpieczeństwu państwa, którym nominalnie kierował. Ośrodki propagandy rosyjskiej, m.in. Russia Today promowały wszystko, co Trump publikował na swoich kontach od czasów, gdy był dopiero aspirującym politykiem, od teorii o kenijskim pochodzeniu Baracka Obamy po wszelkie inne teorie spiskowe, łącznie z manifestacjami UFO.

Zamach na proces legislacyjny, jaki Trump sprowokował 6 stycznia za sprawą aktywności w MS, jest pewną demonstracją narzędzia, w jakie może przekształcić się immunizowana działalność socjalmedialna władzy pozbawionej skrupułów. W dyskursie publicznym zapomina się o tym końcu „kija”, koncentrując na drugiej skrajności, perspektywie Wielkiego Brata, w której znów pomija się czynnik polityczny. Konto Trumpa szerzące dezinformację i propagującego ekstremizm secesjonistyczny utrzymywało swą aktywność pod naciskiem czynnika politycznego, ale również zostało usunięte pod naciskiem polityków, zarówno demokratycznych, jak i republikańskich. Wcześniej liderzy GOP, a nawet gwiazdy Fox News bezskutecznie próbowały, skłonić Trumpa do zaprzestania dzieła zniszczenia.

„Czy on może wydać oświadczenie i poprosić ludzi, by opuścili Kapitol[?]” – pisał Sean Hannity do Marka Meadowsa, prezydenckiego szefa personelu.

„Mark, prezydent musi powiedzieć ludziom, żeby poszli do domów. To uderza w nas wszystkich” – pisała Laura Ingraham.

Wreszcie Brian Kilmeade: „Niech wystąpi, proszę, w TV. Niszczy wszystko, co osiągnęliście”

Co robić?

Świat „mediów społecznościowych”, podobnie jak nieco wcześniej świat komputerów i systemów operacyjnych, potrzebuje przede wszystkim rynkowej autoregulacji. Prawna regulacja czy parcelacja nie rozwiąże wszystkich ryzyk, jakie wiążą się z tym fenomenem. Kiedyś panowanie Facebooka (obecnie konglomerat Meta Platforms Inc.), wydawało się niezagrożone. Dziś platforma chwali się miliardową społecznością użytkowników, dostępną w ponad stu językach. Ale w 2006 r. pojawił się Twitter, „tablica” dla lakonicznych postów, dysponująca dziś 500-milionową audiencją. Twitter wyrwał Facebookowi potężną rzeszę użytkowników, trafiając w gusta młodszych pokoleń. Użytkownicy Facebooka dosłownie się starzeją. Co więcej, to Twitter stał się ulubionym narzędziem komunikacji polityków, dziennikarzy i celebrytów. Wedle The Digital Policy Council z Twittera korzysta 83 proc. światowych liderów politycznych. Sukces Twittera na rynku mediów wirtualnych spowodował równocześnie nagły odwrót od usługi podcastu. Facebook przeszedł do kontrofensywy. W 2012 r. zakupił Instagram, „tablicę” do wieszania zdjęć, która okazała się wyborną ofertą dla młodszej grupy użytkowników. Zintegrowany z Facebookiem Instagram posiada tożsamą audiencję miliarda użytkowników. W 2016 r. wystartował Tik Tok, „tablica” dla zdjęć i krótkich filmów, liczący aktualnie miliardową rzeszę fanów. Itd.

Konkurencja rynkowa jest pewnym lekarstwem na przykład przeciwko terrorowi poprawności politycznej, również przeciwko dezinformacji. Twitter uchodził niegdyś za platformę większych swobód choćby w porównaniu z Facebookiem. Facebook wprowadził szereg zabezpieczeń i mechanizmów tropiących i eliminujących ekstremizm, będących równocześnie generatorem sytuacji uderzających w pluralizm w dyskusji publicznej. W reputację Twittera natomiast uderzyły skutki kampanii wyborczej w 2016 r. Stał się bowiem Twitter narzędziem skutecznej operacji rosyjskich służb specjalnych polegającej na skłócaniu amerykańskiego społeczeństwa i wspieraniu kandydatów reprezentujących skrajne bieguny dwóch głównych partii politycznych, Berniego Sandersa i Donalda Trumpa. Na drugim etapie kampanii wyborczej rosyjskie boty publikowały wiadomości już wyłącznie pro-Trumpowe. Retwitowały zawartość konta @realDonaldTrump 469 537 razy. Mimo antyekstremistycznej tarczy również Facebook stał się polem działania „aktywnych środków”. Tamtejsi analitycy oszacowali, że 126 milionów użytkowników padło ofiarą rosyjskiej dezinformacji. Obydwie korporacje wprowadziły potem skuteczniejsze mechanizmy wyłapujący boty i z większą energią przystąpiły do likwidacji kont powiązanych m. in. z rosyjskimi służbami specjalnymi.

Nieodzowna jest aktywność organizacji pozarządowych, w tym konsumenckich, strzegących wolności wypowiedzi, wnikających wszakże w specyfikę uwarunkowań prawno-politycznych, w jakich operują MS. Ani dekartelizacja, ani nacjonalizacja nie stworzą idealnej dla użytkownika sytuacji. Jeśli niepokój budzą symptomy zmowy pomiędzy tech-gigantami służącej sekowaniu grupy użytkowników o poglądach uchodzących kiedyś za klasyczne, należy wciąż pod uwagę, iż jest to również wynik nacisków ze strony urzędników czy środków politycznych, i stojących za politykami grup interesów. Politycy mogą zresztą wespół z organizacjami obywatelskimi współtworzyć ów mechanizm balansująco-kontrolny. Mogą skutecznie naciskać na MS, by te wdrażały i aktualizowały narzędzia zwalczające właściwie pojęty ekstremizm oraz dezinformację i by tworzyły przyjazne dla użytkownika i sprawne mechanizmy odwoławcze, znosząc samowolę algorytmów i administratorów.

Użytkownik natomiast posiada w zasięgu ręki alternatywę: może przecież przestać być użytkownikiem. Może zasilić konkurencję, albo stworzyć własny kanał komunikacji. Żyjemy w czasach, w których owe potrzeby determinujące wynalazczość same w sobie stały się odkryciem, od którego „wynalazca” rozpoczyna swój proces twórczy. Żyjemy w świecie zbytków, tworów służących manipulowaniu gustami, a nie ich zaspokajającymi. Wynalazki materialne umożliwiające postęp cywilizacyjny i godne życie zostały już wynalezione.

W ferworze dyskusji politycznej ginie istota problemu. Upraszczając rzeczywistość do granic wytrzymałości krytyki umysłowej, mieszamy sprawców i wykonawców, pospiesznie wskazujemy winnych i strażników naszych spraw, przez co w ciemno chcemy karać i nagradzać dodatkowymi prerogatywami. Łatwo dajemy się porwać „słusznemu” gniewowi.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz swój komentarz!
Proszę wpisać tutaj swoje imię

Powiązane artykuły

Pozostańmy w kontakcie

26,463FaniLubię
322SubskrybującySubskrybuj
- Reklama -spot_img

Najnowsze Artykuły

Aplikacja Mobilna

Install
×
Skip to content