16.9 C
Warszawa
piątek, 24 maja, 2024

CHOPINOWSKI NIEDOSYT – Artur Adamski

26,463FaniLubię

Prawie wszystkie dni Międzynarodowego Konkursu Chopinowskiego spędziłem w Warszawie, codziennie będąc nie tylko w centrum stolicy, ale często w najbliższej okolicy Filharmonii Narodowej.

Konkurs Chopinowski odbywa się raz na pięć lat i jest jednym z najważniejszych cyklicznych wydarzeń muzycznych na świecie. Stąd jest dla mnie niepojęte, jak to możliwe, że czegoś tak ogromnej rangi na ulicach i placach Warszawy w ogóle nie widać! Na mieście prawie nie było nie tylko wielkoformatowych bannerów, ale nawet plakatów na ten temat. Sam gmach Filharmonii Narodowej jedynie od strony wejściowej zaopatrzony został w napis informujący o tym, co dzieje się w środku oraz we flagi krajów, z których pochodzą uczestnicy.

- Autopromocja - KLIKNIJ NA GRAFIKĘ-

Jeśli mowa o gmachu narodowej Filharmonii to nie sposób pominąć bolesnego faktu z jego historii. Został zbudowany na przełomie XIX i XX wieku i stylem nawiązywał wtedy do Opery Paryskiej. Klasą i bogactwem wystroju nie ustępował właśnie tej, najbardziej olśniewającej ze wszystkich przeznaczonych muzyce budowli świata. Nie jeden z największych artystów Europy czy Ameryki tamten gmach naszej Narodowej Filharmonii uważał za nawet piękniejszy i cechujący się lepszym smakiem od legendarnej opery, będącej dumą stolicy Francji. Niemcy gmach ten obrzucili bombami już we wrześniu 1939. Jeszcze jednak w czasie Powstania Warszawskiego możliwe było organizowanie w tym miejscu koncertów. Grali tam wtedy muzycy Filharmonii Poznańskiej, okupację starający się przetrwać w Warszawie, gdyż w ich rodzinnym mieście w najlepszym razie Niemcy każdego polskiego artystę wyrzucali z jego mieszkania na bruk a często po prostu rozstrzeliwali. We wrześniu 1944 gmach warszawskiej Filharmonii został obłożony tak huraganowym ostrzałem artyleryjskim, że obracając się w wypaloną kupę gruzów stał się on grobem koncertujących w nim muzyków Filharmonii Poznańskiej (jeszcze w sierpniu 1944 było ich w Warszawie kilkudziesięciu, miesiąc później z grona tego nie żył już nikt) a także artystów warszawskich oraz dziesiątek powstańców i setek mieszkańców stolicy. Po wojnie gmach Filharmonii Narodowej zbudować trzeba było od nowa. Powstał w stylu całkowicie innym, tysiąckroć skromniejszym, niemal surowym. Na szczęście socrealizm w tym akurat wydaniu nie jest nazbyt nachalny, ale pozostaje faktem, że dzisiejszy gmach jednego z najważniejszych w Polsce centrów muzyki to nawet nie cień cienia tego, czym ono było zanim do gry weszli kulturtregerzy – niemieccy rzecznicy wyższości własnej narodowej kultury. Wraz z mijającymi dekadami powojenny budynek Filharmonii Narodowej wpisał się w pejzaż stolicy, obrósł tradycją wielkich artystycznych przeżyć, które miały miejsce w jego wnętrzu. Trudno mi się jednak oprzeć wrażeniu, że jak na jedno z najważniejszych wydarzeń światowej muzyki, poświęconych twórczości jednego z paru najważniejszych kompozytorów w dziejach cywilizacji, jest to miejsce wręcz żenująco skromne.

Gdyby rozmiar wydarzeń, związanych z Konkursem Chopinowskim, w poprzednich edycjach nie wyglądał podobnie, jego niemal niszowy przebieg można by zrzucić na konieczność dostosowania się do realiów pandemii. Jeśli jednak tzw. totalna opozycja potrafi w tym czasie zwoływać swoje mityngi, nawet gdyby frekwencję podawaną przez organizatorów podzielić przez dziesięć charakteryzujące się nieludzkim ściskiem, to co stało na przeszkodzie towarzyszącym Konkursowi wydarzeniom na warszawskich ulicach? Czyż cała Warszawa nie powinna w tym czasie żyć muzyką Chopina? Czyż w dziesiątkach miejsc nie powinny stanąć wielkie, relacjonujące koncerty ekrany? Czyż na placach takich, jak Zamkowy czy Rynek Starego Miasta pianiści nie powinni grać na fortepianach? Możliwość śledzenia Konkursu w dobrze nagłośnionych salach koncertowych, w których wydarzenia transmitowałyby telebimy, zapewne ściągnęłaby miłośników muzyki Chopina z wielu krajów świata. Jeden z dosłownie paru najważniejszych konkursów muzycznych to przecież także okazja do ogromnych targów, w których uczestniczyłyby firmy fonograficzne, zespoły, wydawnictwa, producenci instrumentów itd. itp.

Wyobraźmy sobie (choć straszne to wyobrażenie), że Chopin należy nie do nas, ale do Anglików, Francuzów czy Amerykanów. Czy oczyma wyobraźni widzimy już, jaki byłby wtedy rozmiar Konkursu Chopinowskiego? Otóż taki właśnie powinien on mieć w Polsce!

Artur Adamski

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz swój komentarz!
Proszę wpisać tutaj swoje imię

Powiązane artykuły

Pozostańmy w kontakcie

26,463FaniLubię
274SubskrybującySubskrybuj
- Reklama -spot_img

Najnowsze Artykuły

Skip to content