-4,5 C
Warszawa
czwartek, 9 grudnia, 2021

Za kulisami – Paweł Zyzak

26,463FaniLubię

Na początku października przywódca Białorusi, być może pozazdrościwszy polskiej głowie państwa, wystąpił w amerykańskiej telewizji. Łukaszenka z pozoru wyszedł ze swej strefy komfortu i wystąpił w anty-łukaszenkowskiej CNN. Stacja wyemitowała poszatkowany wywiad, wyjmując zeń kilka fragmentów, w których blady jak ściana dyktator teatralnie zaprzecza formułowanym oskarżeniom o to, iż stymuluje kryzys migracyjny i prześladuje opozycję. Wywiad, tym razem w całości, wyemitował również pierwszy program białoruskiej telewizji państwowej. W całości, czyli od słów przepytującego dziennikarza: „Panie Prezydencie, dziękuję za wystąpienie u nas w CNN”, a skończywszy na sielankowych fragmentach, gdzie dyktator konkluduje z morałem, przy braku riposty ze strony rozmówcy: „żyjemy razem na jednej planecie – dajcie żyć innym” oraz na kuluarowych uprzejmościach. Propaganda białoruska wyłudziła od „Zachodu” kilka obrazków akceptacji dla prezydenckich pretensji „ostatniego dyktatora Europy”.

Nie warto dłużej rozwodzić się nad naiwnością CNN, której pracownicy pofatygowali się, by pomówić z dość przewidywalnym rozmówcą, aż do Mińska, ani też nad desperacją tamtejszego gospodarza. Poza anteną telewizyjną mają miejsce wydarzenia, które odkrywają sedno rywalizacji Kremla z Zachodem w Europie Środkowej. I ani amerykańskie media, ani nawet reżim białoruski, nie stanowią strony owego sporu.

- Autopromocja - KLIKNIJ NA GRAFIKĘ-

Jeśli zatem poważnie potraktować twierdzenia, że Polska znajduje się aktualnie w stanie otwartej „wojny hybrydowej” ze strony Białorusi, należy zakładać, że Białoruś odgrywa w tym konflikcie rolę Donieckiej i Ługańskiej Republik Ludowych w toczącym się wciąż konflikcie Rosji z Ukrainą. Jeśliby natomiast spojrzeć na konflikt rozgrywający się przy granicy polsko-białoruskiej z jeszcze dalszej perspektywy, pozostając przy terminologii wojennej, można by zaryzykować twierdzenie, że zarówno Polska i Białoruś są z kolei uczestnikami proxy war (wojny zastępczej). Wojny toczonej przez duże bloki czy państwa „za pośrednictwem” i na terytorium trzecioligowych państw. Przypomnijmy, że w połowie września na Białorusi oficjalnie zakończyły się manewry Zapad-2021. Skutki tej wielomiesięcznej tak naprawdę operacji są dla wątłej od dawna autonomiczności reżimu dalekosiężne.

Jedno z takich wymowny wydarzeń, w którym wprost opowiedziano, na czym polega konflikt między Kremlem i Zachodem, i w jakim miejscu się obecnie znajduje, odbyło się w ostatnim tygodniu września w Danii. Władze w Kopenhadze zorganizowały seminarium pod nazwą Baltic Sea Security towards 2035. Mimo, że seminarium odbywało się w gronie sojuszników z NATO, zaproszono na nie przedstawiciela Rosji. Wystarczyło, że przyjechał na nie Dmitrij Susłow, pozornie zwykły zastępca dyrektora w moskiewskiej Rady Polityki Zagranicznej i Obronnej, członek komitetu Dumy ds. międzynarodowych, by jego wystąpienie stało się punktem odniesienia dla całej dyskusji. Susłow przemawiał językiem neoimperialnej Rosji, swobodnie kreśląc strefy wpływów, w tym tzw. „szarą strefę”, do której zaliczył Ukrainę i Gruzję, państwa znajdujące się w orbicie jej historycznych interesów.

Ponieważ przedmiotem konferencji był obszar Bałtyku, Susłow uspokoił zebranych, że Finlandia i Szwecja znajdujące się poza strukturami NATO, nie należą do wspomnianej strefy. Ich potencjalne wejście do Sojuszu, inaczej niż w przypadku Ukrainy, nie będzie stanowiło casus celli. Region Bałtyku będzie natomiast frontem potencjalnej wojny między Rosją i NATO. Nie zmienia to faktu, że Polska oraz trzy państwa bałtyckie będą obiektem „prowokacji”, poprzez które Moskwa będzie chciała wymusić na NATO dialog. W tym sensie wzmocnienie obecności Sojuszu w Polsce przyczyniać się będzie do wzrostu napięcia oraz dewastacji relacji z Rosją, czego konsekwencją będzie dalsza militaryzacja Obwodu Kaliningradzkiego. W eskalacji napięć mogą dopomóc incydenty w cyberprzestrzeni, na morzu oraz na lądzie, a konkretnie na Ukrainie.

Kreml, zdaniem Susłowa, nie dopuści do zmiany reżimu w Miński. Jest zdecydowany użyć sił wojskowych, by temu przeciwdziałać. Jeśliby doszło do takiej operacji, wzrośnie radykalnie ryzyko incydentów z Polską i Litwą, co z kolei wpłynie na wzrost napięć w relacjach Rosja-NATO.

Wiele z wypowiedzi Susłowa miało charakter życzeniowy. Dokonujące się obiektywnie procesy, próbował przedstawić jako porażkę USA lub pośredni sukces Kremla. Wyjście Ameryki z Afganistanu popsuło jej reputację i – w opinii kremlowskiego eksperta – będzie musiała potwierdzić swe zobowiązania sojusznicze trwałą obecnością gdzie indziej. Jednak jak pokazują obecne, a nie zamierzchłe już wydarzenia w Afganistanie, Rosja i Iran mają własny problem z wiarygodnością. Nie potrafiły zagwarantować swym klientom plemienno-etnicznym w Afganistanie stałej obecności w ogłoszonym niedawno talibskim rządzie. Wcześniej skutecznie ich przekonały do zasilenia wojskowych szeregów Talibanu i do uznania jego prymatu politycznego.

Kreml liczy bardzo na eskalację konfliktu USA-ChRL, bo będzie ów podnosił znaczenie Rosji i stabilizował relacje między Rosją a USA. Wypiera wszakże ze świadomości, a przynajmniej z debaty, fakt że postępuje równocześnie marginalizacja znaczenia Rosji w starciu z chińskimi wpływami gospodarczo-politycznymi w Azji. Susłow uznał, że, w obliczu postępującej relokacji potencjału i celów USA, UE będzie zmierzać w kierunku tzw. „autonomii strategicznej”, co będzie miało pozytywny wpływ na relacje unijno-rosyjskie. Jak na razie koncepcja „autonomii strategicznej” budzi wśród unijnych elit wyłącznie nieufność i podejrzliwość.

Konkludując, Dmitrij Susłow w obrazowy sposób przedstawił ścieranie się globalnych interesów oraz sylwetki najważniejszych graczy. Wyartykułował między słowami, że Rosja należy do drugiej ligi i że będzie silna słabością „gracza nr 1”, czyli USA, jego wpadkami taktycznymi, tj. w Afganistanie, słabnącymi relacjami z UE czy eskalującym sporem z komunistycznymi Chinami. Polska w tej logice znajduje się na styku geopolitycznych „płyt tektonicznych”. Jeśli Ukraina i Gruzja zaliczane są do jakiejś „szarej strefy”, to Białoruś traktowana jest jak część Rosji. Zmiana pro-moskiewskiego reżimu Łukaszenki równałaby się wybiciu się na niepodległość Czeczenii.

Polska stoi niewątpliwie na przeszkodzie neoimperialnym sentymentom i ambicjom Kremla. Ten zaś łatwiej godzi się z utratą wpływów w Azji Centralnej, a nawet na Kaukazie, w rywalizacji z Turcją, aniżeli z podmiotowością rzekomych „Rosjan” białoruskich i ukraińskich. Wynurzenia Susłowa to przykład przesiąknięcia polityki Kremla doktrynami i ideologiami doby przedrewolucyjnej, zawierającymi silny pierwiastek mistycyzmu i masochizmu. W myśli euroazjańskiej największym wrogiem Rosji był „łaciński” Zachód. Do tego stopnia, że czasy jarzma mongolskiego uznawane były za zrządzenie Bożej Opatrzności, która uchroniła Rosję przed jej katolicyzacją.

Otóż, gdyby analizować zachowanie Kremla przez pryzmat sprzecznych i zbieżnych interesów strategicznych, mierzonych stabilnością w państwie, dobrobytem obywateli i bezpieczeństwem granic, ani USA, ani UE głównym zagrożeniem dla Rosji nie są.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz swój komentarz!
Proszę wpisać tutaj swoje imię

Powiązane artykuły

Pozostańmy w kontakcie

26,463FaniLubię
322SubskrybującySubskrybuj
- Reklama -spot_img

Najnowsze Artykuły

Aplikacja Mobilna

Install
×
Skip to content