11,9 C
Warszawa
piątek, 15 października, 2021
spot_img

LEGENDA STRAJKU – Michał Mońko

26,463FaniLubię

Ze strajków na Wybrzeżu Gdańskim wracam do Warszawy we wtorek drugiego września osiemdziesiątego roku. Strajk skończył się podpisaniem porozumienia, w którym jest mowa o kierowniczej roli PZPR. W poniedziałek rusza praca we wszystkich strajkujących do niedzieli zakładach. Komitety strajkowe przekształcają się w komisje związkowe. Ale nie wszędzie przywódcy komitetów zostają przewodniczącymi komisji.

Gdyńscy stoczniowcy nie wybierali spawacza Andrzeja Kołodzieja na przewodniczącego Komisji Związkowej. Podobnie w zajezdni tramwajowej w Nowym Porcie w Gdańsku nie wybrano do Komisji Związkowej Henryki Krzywonos, oskarżonej przez motorniczych i kierowców o to, że piętnastego sierpnia była łamistrajkiem.

- Autopromocja - KLIKNIJ NA GRAFIKĘ-

KIEDY GDAŃSK BYŁ WARSZAWĄ

W poniedziałek zjeżdża do Gdańska tzw. opozycja demokratyczna. Bo przecież robić w polityce, to być w Gdańsku, a być w Gdańsku, to mieszkać jeśli nie u Lecha Wałęsy, to u Anny Walentynowicz. Kiedy na chwilę wpadam do niewielkiego mieszkanka Walentynowicz przy Grunwaldzkiej 49, zastaję tam Jacka Kuronia. Podobno chciał się wprowadzić do Wałęsy, ale go pani Danuta popędziła. Kiedy zaś w Sopocie idę Monte Cassino, spotykam Adama Michnika.

Zakonne izby w sąsiedztwie św. Elżbiety w Gdańsku okupuje tzw. opozycja z alei Przyjaciół, z Koszykowej, z ulicy Narbutta, z alei Róż, z ulicy Klonowej w Warszawie. Bywają tu ludzie z TKN, z KIK-u, z tzw. Czerwonej Kanapy, a nawet z KOR-u.

Spokojniej i luźniej jest u księdza Hilarego Jastaka, proboszcza parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa w Gdyni. Moje nazwisko od razu kojarzy ks. Jastak z Leonem Mońko, jezuitą, nauczycielem powojennego Liceum Księży Jezuitów w Gdyni Orłowie, kapelanem zgrupowania „Baszta” w powstaniu warszawskim, a po sześćdziesiątym ósmym Krajowym Duszpasterzem Rodzin. – Kiedy pracowałem w Caritasie, posyłałem mu mleko w proszku i masło konserwowe – mówi ks. Jastak.

Nocą z soboty na niedzielę siedzę w Zarządzie Portu Gdynia, w niewielkim baraczku Komisji Związkowej, gdzie do niedzieli mieścił się Komitet Strajkowy. Niedawny szef strajku, Henryk Tarasiewicz, został przewodniczącym Komisji Związkowej, która wkrótce ma przybrać nazwę Komisji Zakładowej Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego Portowców w Gdyni. – Trudno się opędzić od tych z Warszawy, polityków pożal się Boże – powiada Tarasiewicz. – Skłóceni ze sobą na noże, najczęściej kompletnie pijani, próbują wciągnąć do swoich interesów nas, portowców i stoczniowców.

Na takich rozmowach zeszła noc. Robił się dzień, gdy na Dworcu Gdynia wsiadłem do pociągu. Był wtorek, drugiego września. Spałem do samej Warszawy. Po prosto z pociągu dworca, idę na cotygodniowe kolegium Tygodnika „Kultura”.

NIEUPRAWNIONY TWORZĘ WOLNE ZWIĄZKI. Po kolegium obchodzę kilka redakcji, wywieszając ogłoszenia o powołaniu Tymczasowej Komisji Wolnych Związków Dziennikarzy, Wydawców i Pisarzy. W mojej redakcji, w „Kulturze”, zapisują się dwie maszynistki, goniec i kawiarka. Nie zapisuje się żaden dziennikarz. W słowackiej redakcji Život przy Foksal zapisują się wszyscy, dziennikarze i administracja.

Gdy wywieszam ogłoszenie w sekretariacie „Twórczości” przy Wiejskiej, zaczepia mnie Kazimierz Brandys. – Wolne Związki? – dziwi się. – Pan niepotrzebnie wybiega przed szereg. Powiem więcej. Pan ten szereg zakłóca.

Zza pleców Brandysa odzywa się Woroszylski:

– Pan jesteś nieuprawniony! W świecie opozycji jest pan intruzem!

Słowa Woroszylskiego doszły do mnie jakby z daleka, choć były wypowiedziane blisko. Zrobiło mi się gorąco. Usłyszałem bicie własnego serca i szum w głowie.

– Chce pan przewodzić Kijowskiemu, Brandysom, Mikołajskiej, Jastrunowi, Bratnemu? – pyta Woroszylski. – Oni byli przeciw komunie, kiedy pan jeszcze biegał w krótkich spodenkach.

– W krótkich spodenkach, rowerem woziłem na placówkę NZW mleko i kwas kapuściany dla rannych partyzantów, gdy pan wychwalał zbrodniarzy UB! Znacznie później przeczytałem te pańskie bolszewickie życzenia „Czuwającym w noc noworoczną”:

„No, a czego mam dziś życzyć wam,

towarzysze ze Służby Bezpieczeństwa?…

Towarzysze moi, silni i twardzi,

przyjaciele moi, niezawodni i pewni –

wybrano was, najlepszych z klasy i partii,

byście Rewolucji, jak córki, strzegli…”

Wyrecytowałem panegiryk i, nie pożegnawszy się z nikim, znalazłem się na ulicy Wiejskiej. Po sześciu tygodniach pobytu na Wybrzeżu Gdańskim, wracałem do domu. Gdy w końcu wszedłem do swego M3 za „Żelazną Bramą”, żona powitała mnie w przedpokoju okrzykiem:

– Boże, takie zwycięstwo!

– Nie ma zwycięstwa – powiedziałem. –Uciec do puszczy i hodować pszczoły.

– Ale co ty mówisz?!

Rozległ się dzwonek. Żona jęknęła:

–Boże, nie mów o puszczy. Niech będzie zwycięstwo. Bo cioci pęknie serce.

KAŻDY BYŁ NA STRAJKU W GDAŃSKU

Biegam, jeżdżę, podróżuję po kraju. Zakładam Komisję Krajową Solidarności Dziennikarzy i pomagam tworzyć komisje zakładowe Solidarności w kilku województwach: elbląskim, części gdańskiego, części toruńskiego, części olsztyńskiego. Prowadzę wiece w jednostkach wojskowych. Wszędzie tłumy ludzi, entuzjazm, Karnawał.

Gdy jestem w Warszawie, przychodzą do mnie scenarzyści, pisarze, naukowcy i dziennikarze z propozycją wypożyczenia dokumentacji strajkowej albo współpracy przy pisaniu o stoczni, o strajku. Każdy z przychodzących do mnie powie wkrótce, że był na strajku w Gdańsku, a dokumentacja strajkowa będzie jego biletem do kariery politycznej, dyplomatycznej, dziennikarskiej.

Znany aktor i reżyser zaprasza mnie na obiad. W czasie obiadu proponuje wspólne pisanie … sztuki telewizyjnej o strajku w Stoczni Gdańskiej. Profesor, autor prac o robotnikach polskich, pożycza ode mnie kilka teczek dokumentacji strajkowej z kilkudziesięciu zakładów, protokoły posiedzeń komitetów strajkowych w gdańskich „Fosforach”, w „Siarkopolu”, w Stoczni Gdańskiej, w Gdańskiej Stoczni Remontowej, w Zarządzie Portu Gdynia, w Stoczni Gdyńskiej. Nigdy tej dokumentacji nie odzyskałem.

Starszy kolega z „Kultury”, pracownik naukowy Uniwersytetu Warszawskiego, pożycza ode mnie zbiór pisanych przeze mnie ulotek. Jest tych ulotek trzydzieści osiem. Proszę, żeby pokwitował. Dostaję pokwitowanie, ale ulotek nigdy nie odzyskuję.

Moim bliskim kolegą staje się Janusz Głowacki, z którym poza „Kulturą” niewiele mnie łączyło. Głowacki proponuje mi wspólne napisanie scenariusza o strajku dla Andrzeja Wajdy. Głowacki nie wie, że złożony przeze mnie w PWSF,TiT w Łodzi scenariusz dyplomowy nosi tytuł: „Na pochylni”.

Moi bohaterowie, to niedokończony inżynier, zatrudniony w stoczni na stanowisku majstra, i żona tegoż majstra, dziennikarka Telewizji Gdańsk. Postacią najbardziej wyrazistą jest stoczniowiec – konfident, postać tragiczna i zarazem bardzo prawdziwa. W ekspozycji mego scenariusza pojawiają się sceny strajku w grudniowego 1970.

Współpraca z Głowackim polega na tym, że ja przedstawiam sceny, a on je zapisuje. Wkrótce dowiaduję się, że Janusz Głowacki napisał książkę o strajku w Stoczni Gdańskiej pod tytułem „Moc truchleje”. To przeróbka mego scenariusza „Na pochylni”.

ROBOTNIKOMANIA

Obserwuję zjawisko społeczne, psychologiczne, które można nazwać robotnikomanią. W salonach, kawiarniach da się widzieć robotnicze rekwizyty, robotnicze przyodziewki. Zaprasza się robotników do inteligenckich domów, na zebrania ZLP, na spotkania z Episkopatem, do domów znanych pisarzy.

Niektóre panie wychodzą za mąż za robotników, jak się wychodzi w chłodny dzień na spacer – na krótko, za szybko. Za robotnika wyjdzie moja koleżanka MZ, dziennikarka „Perspektyw”, kuzynka pisarza, współautora radiowych „Matysiaków”.

– Kocham mego robotnika! – powiada. – Te jego ręce, twarz… Kocham konkret. Inteligencja to gówno! Po pysku bić inteligentów! Wstydzę się, że jestem inteligentką. Robotnik, to – parafrazując powiedzenie Gorkiego – robotnik to brzmi dumnie. A poza tym, jak facet bierze mnie w ramiona, to ja te ramiona czuję.

LEGENDY PRZYOBLEKAJĄ SIĘ W HISTORIE

Rozwija się legenda strajku na Wybrzeżu. Wielu działaczy PZPR składa legitymacje, wielu cichcem wchodzi do nowych związków, zapewniając, że właśnie przejrzeli na oczy, że coś w nich pękło. Działacze partyjni, obeznani w grach o władzę, z łatwością przejmują „Solidarność” w wielu redakcjach, w wydawnictwach i na uczelniach. To oni będą wkrótce eksmitować z historii i pamięci rzeczywistych działaczy Solidarności.

Z biegiem dni, tygodni i miesięcy legendy, zmyślenia i kłamstwa przyoblekają się w historie, a te historie znajdują swoich kronikarzy, ideologów, a także rzekomych świadków, rzekomych uczestników, bardów, wajdelotów, minnesingerów. PRL wydaje się samotną, opuszczona wyspą. Nikt nie przyznaje się, że na tej wyspie zamieszkiwał, ba! on tę wyspę tworzył i sprawował na niej władzę. Ten i ów głosi, że już w siedemdziesiątym roku kopał komunę po kostkach, a w osiemdziesiątym tę komunę zakopał.

A są i tacy, co nigdy i nigdzie nie pracowali, żyli przy mamusi, przy kolegach, niekiedy widzieli Stoczni Gdańskiej nawet z okien kolejki dojazdowej. Raz przysnęli w „dziewiątce”, no i motorniczy obudził ich na placu przed bramą numer 2. Ktoś po latach dowodzi, że w grudniu siedemdziesiątego napisał wiersz o Janku Wiśniewskim, który padł. Ktoś inny twierdzi, że skomponował melodię ballady o Janku Wiśniewskim.

Zanika wiedza o tym, że w czasie strajku byli tacy, co zajmowali się sprawami technicznymi, na przykład, ustawiali stoły, dostarczali styropian, przynosili dyktę i papier do napisów. Byli też tacy, co pisali na tym papierze odezwy, organizowali strajk na całym Wybrzeżu Gdańskim, rozmawiali z ludźmi władzy i z komitetami strajkowymi, przemawiali i rozniecali strajki etc.

Po latach strajkowe dokonania zależą już tylko od tego, kto stał na osi obiektywu aparatu albo kamery filmowej. Ludzie mali stają się ludźmi wielkimi. Strajkowe teksty i zdjęcia odnajdują swoich rzekomych autorów. Bezimienne fotografie ze Stoczni Gdańskiej, z Zarządu Portu Gdynia i ze Stoczni Gdyńskiej zaopatrywane są nazwiskami tych, których nie widziałem w stoczniach z aparatem fotograficznym.

Niejeden człowiek teatru życia już na jesieni osiemdziesiątego roku zasklepia się w kokonie legendy Stoczni Gdańskiej i gdyby ktoś zdjął z niego ten kokon, winien byłby publicznej śmierci człowieka. Niektórzy politycy, artyści żyją w legendzie, żyją w legendzie stoczni. Legenda opowiada, że to oni, ludzie dzisiejszej władzy i dzisiejszej Polski, obmyślili sierpniowy zryw, obmyślili coś więcej niż powstanie warszawskie, więcej niż powstanie listopadowe. Oni obalili komunę!

WILCZKI KOMUNY

W budynku Zarządu Regionu Mazowsze NSZZ Solidarność przy Szpitalnej w Warszawie spotykam znajomych ze studiów i spoza studiów, których w latach sześćdziesiątych znałem jako gorliwych czcicieli socjalizmu czy też komunizmu.

Owi znajomi lewicowcy, synowie i córki wysoko postawionych funkcjonariuszy partii, sądownictwa, administracji rządowej i środowisk artystycznych PRL, mieszkają w Warszawie przy tzw. dobrych ulicach, takich jak Koszykowa, al. Przyjaciół, Klonowa, al. Róż. Nigdy nie fraternizowali się ze studencką masą z akademików, z kwater rozrzuconych po całej Warszawie.

Znajomi z dobrych ulic nie fraternizowali się, ale zachowując odpowiedni dystans do studenckich mas, chcieli te masy nauczać, zakładać im klapki na oczy i prowadzić ku socjalizmowi. Nauczanie miało zawsze formę pozorowanej dyskusji w klubach studenckich na Kickiego, na Madalińskiego, w klubie „Stodoła”.

Dawniej mówiono o nich „królewiątka” wyniańczone na kolanach działaczy WKP(b), KPP, KPZU, PPR, PZPR. Znali świat nie z książek, ale z obserwacji Moskwy, Pekinu, Londynu, Genewy, Waszyngtonu. Byli wyedukowani w zagranicznych szkołach, liznęli zagraniczne uczelnie, a w kraju kilkumiesięcznym uniwersytetem był dla nich Klub Poszukiwaczy Sprzeczności.

Niekiedy w akademiku na Kickiego albo na Madalińskiego biorę udział w dyskusjach politycznych. Młodzi zakonnicy lewicy komunistycznej z dobrych ulic, zawsze w grupie, opowiadają się za Polską Ludową, za humanizmem socjalistycznym, za komunizmem z ludzką twarzą. Niekiedy pytam:

– A co z pazurami komuny? Co z kopytami? Pysk ludzki, a pazury zwierzęce!? Jak to? Taki ma być wasz komunizm?

Prowadzący dyskusję jest zawsze przygotowany na trudne pytania. A więc najpierw uśmiecha się głupio, tak jak chłop uśmiecha się, gdy kosząc jęczmień, trafia kosą na kamień, a przecież wie, że kamienie wyzbierał – on wyzbierał, dzieci wyzbierały, żona wyzbierała, a tu kamień!

Do akcji rusza grupa z dobrych ulic. Znam ich, wiem, co mówią. Wiem, jak mówią. O księżach mówią: „Czarne”. „Te czarne”. Grupa radykalna, mówi: „Te skurwysyńskie czarne kruki!” O wierzących: „Katole”. „Katoliki”. O partyzantce antykomunistycznej: „Faszyści!” „Hitlerowskie ścierwa!” Wolna Europa – co to takiego? „To szczekaczka”. „Kurwa CIA”. „Pomyje Adenauera!” O zwyczajnych zjadaczach chleba: „Stonka”, „Tuptaki”, co rano tuptają i budzą ze snu królewiątka.

Mija niewiele lat, gdy jestem w siedzibie Zarządu Regionu Solidarności przy Szpitalnej i oczom nie wierzę, uszom też nie wierzę. Jesteśmy razem – ja i oni; ja i dawni ludzie władzy, dzieci komuny, królewiątka. Patrzę i co widzę?

Dawni komuniści i niedawni komuniści – to w osiemdziesiątym działacze Solidarności! Noszą na piersiach krzyżyki. Słuchają Wolnej Europy. Częstotliwości i czas nadawania dzienników przez RWE mają rozwieszone na ścianach. Obok emblematów i częstotliwości RWE – wiszą portrety Ojca Świętego!

Już wkrótce, w Wigilię Bożego Narodzenia, przyjdą po mnie do domu, żebyśmy – ja i oni – poszli na pasterkę do Katedry św. Jana! Bo oni chodzą do kościoła. Są dobrymi katolikami. Dawniej wszystko nas dzieliło, teraz łączy nas Solidarność. W nowej Polsce, po roku osiemdziesiątym dziewiątym, będzie nas dzielił rów tektoniczny, głębszy od tego koło Japonii.

BUNKIER

Tymczasem w bunkrze dowództwa wojsk lotniczych przy Żwirki i Wigury w Warszawie urządzane jest studio zapasowe Telewizji Polskiej na wypadek wprowadzenia w kraju stanu wojennego. To z tego bunkra będzie wypowiadał wojnę Polsce gen. Wojciech Jaruzelski.

Szef bunkra, Włodzimierz G., kompletuje telewizyjną załogę. Wszyscy mają być „wierni sprawie”, godni najwyższego zaufania. Trzecia część bunkrowców, na polecenie swego szefa., zapisuje się do Solidarności. Ba! Niektórzy mają być w telewizji i radiu aktywistami Solidarności. Gdy zaś stan wojenny zmiażdży pierwszą Solidarność, miejsce rzeczywistych postaci strajków zajmą postacie z mgły, morskiej piany i ze zmyślenia.

Kiedy to piszę, słyszę zza pleców pytanie, czy niegdyś też było tak samo? Czy prawdziwi szwoleżerowie, kosynierzy, ułani, żołnierze NZW zginęli, a z bitewnych pól, z leśnych ostępów, z gułagów wróciły postacie zmyślone, ale zanurzone w pięknej legendzie?

Michał Mońko

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz swój komentarz!
Proszę wpisać tutaj swoje imię

Powiązane artykuły

Pozostańmy w kontakcie

26,463FaniLubię
322SubskrybującySubskrybuj
- Reklama -spot_img

Najnowsze Artykuły

Aplikacja Mobilna

Install
×
Skip to content