5,3 C
Warszawa
sobota, 20 kwietnia, 2024

NIEMCY O SOBIE – JUŻ NIE SPRAWCY, LECZ OFIARY II WOJNY ŚWIATOWEJ

26,463FaniLubię

Berlin ma nowe muzeum – wielką ekspozycję mająca udowadniać, że Niemcy należą do narodów, które wycierpiały najwięcej.

Powyższa teza mocno już wybrzmiała na wcześniejszych wystawach, przygotowywanych przez tzw. Związek Wypędzonych – od początku lat pięćdziesiątych niezmiennie najliczniejszej i najhojniej finansowanej przez budżet państwa pozarządowej organizacji działającej w RFN. Głównym akcentem największej z wcześniejszych, czasowych jeszcze wystaw, było wyliczenie pod hasłem, kto kogo wypędzał? Według tej narracji najpierwszymi ofiarami „wypędzeń” byli Niemcy, a największymi sprawcami tych tragedii – Polacy. O roli Związku Sowieckiego czy tej części niegdysiejszych Prus Wschodnich, które razem z Królewcem należą dziś do Rosji, jakoś przypadkiem prawie się nie mówi.

- Autopromocja - KLIKNIJ NA GRAFIKĘ-

Kto to jest „wypędzony”?

Twórcą ruchu „wypędzonych” był Theodor Schieder. Jako architekt mnóstwa hitlerowskich zbrodni, główny autor niemieckich planów „oczyszczenia Wielkopolski z Polaków”, rzeczywiście jak mało kto znał się na czystkach etnicznych i masowych deportacjach. Był prawą ręką Himmlera w wielkich projektach nadawania „czysto niemieckiego charakteru” kolejnym regionom Polski, unicestwianej od 1939 roku polityką okupacyjną. Klęska III Rzeszy zastała Schiedera w Bawarii. Nie tylko nigdy nie był pociągany do odpowiedzialności za zbrodnie dokonywane na Polakach, ale już w 1945 roku dysponował ogromnymi możliwościami budowania wielkiego archiwum – zbioru relacji „wypędzanych” Niemców. Zdumiewająca jest liczba owych świadectw. Archiwum Schiedera w niedługim czasie zebrało ich aż 15 milionów, czyli liczbę niewspółmiernie większą od liczby wszystkich Niemców, którzy po II wojnie światowej musieli opuścić miejsca swego zamieszkania na wschód od Odry i Nysy. Niezliczoną ilość razy dowodzono, że zebrane przez Schiedera „świadectwa” to wyssane z palca brednie bez jakiegokolwiek związku nie tylko z faktami, ale i elementarną logiką. To jednak nie przeszkadzało w nagradzaniu tego nazistowskiego zbrodniarza i fałszerza stanowiskiem wykładowcy historii i profesora niemieckich uniwersytetów, ale też godnością głównego eksperta Ministerstwa ds. Wypędzonych, a w latach sześćdziesiątych – rektora uniwersytetu w Kolonii. Rozwiązaniem zagadki rzekomych „15 milionów wypędzonych” jest definicja „osoby wypędzonej”. W RFN za taką „ofiarę” uważa się nie tylko niemieckich Ślązaków czy Mazurów, ale też „osoby, które na terenach wschodnich znalazły się w związku z pełnionymi obowiązkami, a następnie były zmuszone je opuścić”. Skutkiem takiego definiowania „wypędzoną” i wieloletnią przewodniczącą „Związku Wypędzonych” mogła być Erika Steinbach. Urodziła się w rodzinie Niemców przybyłych po 1939 roku do okupowanej Polski i zamieszkałych w domu, z którego wyrzucono polskich właścicieli. Obowiązująca w RFN definicja oznacza też, że „wypędzonymi” są de facto wszyscy najeźdźcy, którzy na polskich Kresach znaleźli się po raz pierwszy po wybuchu wojny niemiecko- sowieckiej. Do tej grupy należą też funkcjonariusze gestapo przybyli w czasie wojny do Warszawy, Lwowa czy Wilna, a także esesmani obsługujący obozy zagłady. Oni również wstępowali do „Związku Wypędzonych”, czerpiąc z tego rozliczne, także materialne korzyści. I chociaż byli jednoznacznymi zbrodniarzami, jako członkowie „Związku Wypędzonych” mogli się cieszyć statusem ofiar. A ponieważ, zgodnie z obowiązującym w RFN prawem, status „wypędzonego” jest dziedziczny, pomimo upływu dziesięcioleci „wypędzonych” w RFN nie ubywa. Nadal są ich miliony i tak może być do samego końca świata.

Niemieckie „rozliczenie z przeszłością”

Kiedy w 1985 roku przybył z prywatną wizytą do Wrocławia szef CSU, Franz Josef Strauss, dziennikarze podziemnej prasy starali się przeprowadzić z nim wywiad. Strauss miał ścisłą obstawę tajniaków (zapewne wojskowe służby PRL-u), więc rozmowa z nim była możliwa dopiero wtedy, gdy zaczął zwiedzać w katedrze Kaplicę Elektorską. Zapytany o stosunki niemiecko-polskie odpowiedział, że Polacy wyrządzili Niemcom wiele krzywd, a wszystkie zbrodnie II wojny światowej we wrześniu 1939 zaczęły się od mordów, dokonanych przez Polaków na niemieckich mieszkańcach Bydgoszczy. Ten jeden z największych w RFN „chrześcijańskich demokratów” i wieloletni premier Bawarii i profesor historii wykładał identyczną wersję zdarzeń nie tylko na monachijskim uniwersytecie. O tym, że takie właśnie brednie są w Niemczech forsowane jako „historia”, można się przekonać, choćby zaglądając do niemieckich podręczników, w których jest mowa o II wojnie światowej. O polskich cierpieniach nie ma w nich nic lub prawie nic. Za to wielbiący porządek niemieccy autorzy umieszczają wojenne straty w bardzo wymyślnych tabelkach, w których straty polskie (ze skrajnie zaniżonymi, z sufitu wziętymi liczbami) dzielone są na ofiary na terenach zajętych przez nazistów oraz przejętych przez Sowietów. Do tego jeszcze obywatele II RP podzieleni są według kryterium narodowościowego. Skutek tej kombinacji jest taki, że przytłaczającą większość ofiar mieli stanowić Żydzi, a liczba zabitych przez Niemców Polaków to tylko drobny ułamek strat, jakie mieli ponieść Niemcy. Z tej nagłaśnianej na tysiące sposobów wersji „historii” ma wynikać, że w przeciwieństwie do Niemców i Żydów Polacy nie zaliczają się do istotnych ofiar II wojny światowej. Podobny wykład zawiera spreparowana przez Bertelsmanna „Kronika II wojny światowej”, której wielomilionowymi nakładami w dziesiątkach wersji językowych zasypano dużą część naszej planety. W niej też wojna zaczyna się od mordu, dokonanego przez Polaków na Niemcach (wielkie fotografie na pierwszych stronach całej tej opowieści), a dwa główne nurty tej narracji to niemieccy antyfaszyści oraz osiągnięcia niemieckiej techniki. Polska pojawia się epizodycznie (Powstanie Warszawskie to ledwie podpis pod zdjęciem starca wywlekanego z kanalizacyjnego kanału z komentarzem sugerującym głupotę beznadziejnego oporu). Ewidentnie celem kontrastu na fotografiach Niemców widnieją inteligentne, szlachetne fizjonomie niemieckich przeciwników nazizmu. Książka wymienia chyba wszystkich – rzeczywistych i domniemanych (można odnieść wrażenie, że było ich więcej niż zwolenników Hitlera) oraz tragicznych, „uwikłanych w historię, zmuszonych do wykonywania rozkazów, z którymi się nie zgadzali”.

„Dwie główne ofiary wojny”

Państwo niemieckie głosi coraz bardziej otwarcie, że były zasadniczo dwie główne ofiary nazizmu: Żydzi i Niemcy. W bezliku książek czas II wojny światowej i pierwsze lata powojenne określa się jako okres, wymienianych jednym tchem, „holocaustu i wypędzeń”. Ni mniej ni więcej – to te dwa narody miały wycierpieć najwięcej i to przede wszystkim im ma się należeć zadośćuczynienie i pamięć. Od początku istnienia RFN w programach nauczania każdej szkoły są informacje o ziemiach „wydartych” Niemcom. We wszystkich landach są muzea poświęcone „utraconemu niemieckiemu Wschodowi” i każdy uczeń zobowiązany jest je odwiedzić. Dowie się tam o „jednoznacznej niemieckości” Piły, Opola czy Raciborza, o sielskim życiu ich dawnych mieszkańców i o bezprecedensowej, niczym niezawinionej krzywdzie, jaka nie wiedzieć czemu nagle ich spotkała.

Berlin ma dziś dwa wielkie miejsca pamięci – jedno oddaje cześć ofiarom holocaustu a drugie niemieckim „wypędzonym”. Według niemieckiej wersji historii cierpienia tych dwóch grup mają wyznaczać główną oś tragicznych dziejów XX wieku.

Artur Adamski

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz swój komentarz!
Proszę wpisać tutaj swoje imię

Powiązane artykuły

Pozostańmy w kontakcie

26,463FaniLubię
274SubskrybującySubskrybuj
- Reklama -spot_img

Najnowsze Artykuły

Skip to content