23.3 C
Warszawa
sobota, 18 maja, 2024

Co się dzieje w GOP? – Paweł Zyzak

26,463FaniLubię

Wolałbym raczej przegrać bez Donalda Trumpa, niż próbować wygrać razem z nim” – mówił senator Lindsey Graham w 2015 r. Raptem kilka chwil po „ułaskawieniu” byłego prezydenta przez Senat tenże senator prezentował odmienną interpretację owego „być albo nie być”. Wytykał kierownictwu GOP w Izbie Wyższej, iż brak jednomyślności republikańskiej podczas głosowania 13 lutego nad impeachmentem, a także podnoszenie odpowiedzialności moralnej i prawnej Trumpa, zaważyć może szansach wyborczych republikanów w 2022 r. Miażdżący dla Trumpa, wykrwawiający również reputację GOP, „proces” w Senacie zakończyli wszakże walkowerem ich oponenci, demokraci.

Komentatorzy impeachmentu nie dawali większych szans demokratom na to, iż przekonają dostateczną ilość republikańskich senatorów. Spodziewali się, że pojawi się co najwyżej 4 czy 5 takich śmiałków. Ostatecznie, jak wiemy, za skazaniem nieurzędującego już prezydenta zagłosowało 7 senatorów prawicy. Dopiero przed samym głosowaniem do mediów przeciekła informacja o tym, jak zagłosuje były lider większości Mitch McConnell, do niedawna klucznik izby, zasiadający w niej od 1984 r. W międzyczasie doszło do porozumienia między obiema partiami, odnośnie kolejnego etapu „procesu”. Właśnie przechodził ów z fazy dowodów rzeczowych do fazy świadectw. Politycy ustalili, że tej ostatniej już nie będzie, co wywołało nieukrywany szok i kłótnie w obozie demokratycznym.

- Autopromocja - KLIKNIJ NA GRAFIKĘ-

Przecież dopiero wypłynęły rewelacje o rozmowie między Trumpem a Kevinem McCarthym. W jej trakcie lider mniejszości republikańskiej w Izbie Reprezentantów wezwał prezydenta do odwołania swych zwolenników z plądrowanego Kapitolu. Trump odmówił, co więcej zarzucił zdesperowanemu McCarthiemu, że zrewoltowany tłum demolujący budynek parlamentu bardziej przejmuje się „fałszerstwem wyborczym”, niż on. „Co ty sobie kurwa wyobrażasz, że z kim rozmawiasz?” – wypluł wściekły McCarty. Wśród „zeznających” mogli się niebawem pojawić naoczni świadkowie postępowania Trumpa już w trakcie puczu. Miast szabrować wraz z armią oddanych sobie zwolenników, ten bowiem zaszył się w Białym Domu – i wedle anonimowych relacji – rozpromieniony zmieniał kanały telewizji transmitujących zamieszki na żywo. Sytuacja oskarżonego, z wizerunkowego punktu widzenia, wydawała się fatalna. Trump nie wyraził dotąd nawet krzty skruchy, jego wynajęci na ostatnią chwilę prawnicy stali się pośmiewiskiem izby, budząc zażenowanie nawet wśród oddanych byłemu prezydentowi gwiazd Fox News, za to w Georgii otwarto śledztwo w sprawie wymuszania na urzędnikach stanowych fałszerstwa wyborczego.

Konsensus między demokratami i republikanami niewątpliwie pomógł wypracować Biały Dom. Biden, który nawet w kuluarach stara się nie wymieniać nazwiska Trumpa (mówiąc o nim ponoć per „former guy”), jeszcze teraz stara się domknąć w Senacie konfirmację kandydatów na wyższe stanowiska w swym gabinecie. Lecz nie tylko to. Upajanie się torturami, które przechodzi nawet nie sam Trump, ale poszczególni senatorowie GOP, nie rodziło żadnych korzyści. Nie zapewniłoby mu przychylności republikanów w Senacie w uchwalaniu ustaw czy przy akceptacji umów międzynarodowych. Ostatecznie drogą konsensusu McConnell, pomimo, iż sam głosował za „uniewinnieniem” Trump, wskazując przesłankę konstytucyjną, dokonał brutalnej oceny „oskarżonego”: „Nie ma wątpliwości, żadnej, że prezydent Trump jest praktycznie i moralnie odpowiedzialny za sprowokowanie wydarzeń [6 lutego – PZ]”, i dramatycznym tonem stwierdził, że to amerykański system kryminalny powinien się nim zainteresować. Słuchającemu tego Trumpowi najpewniej nie zrobiło się porzyjemnie.

McConnel żywił się nadzieją, że impeachment ułatwi proces wyłyżeczkowania Trumpa z GOP. Jego koledzy w parlamencie starli się jednak z oporem partyjnych struktur. Organizm GOP toczy obecnie wspomniana „jednomyślność”, od struktur lokalnych po najwyższe. Im niżej, tym w stopniu większym. Symptomem tego był „nagany”, jakie otrzymali niektórzy kongresmeni GOP, którzy zagłosowali za impeachmentem Trump w Izbie Reprezentantów. Lojalność w stosunku do Trumpa przypomina bowiem kult jednostki, a w GOP zapanował reżim, z jakim zresztą obydwie partie systemu nigdy w przeszłości się nie zetknęły. Przez dekady GOP była organizacją mocno zdywersyfikowaną, posiadającą swe skrzydła, a wewnątrz różne odcienie konserwatyzmu. Trumpizm zlał je w jedną masę, która dzieli się jedynie w doborze narracji albo nawet teorii spiskowych, wyjaśniającej dane wydarzenie sprowokowane przez swego lidera. Partia przestała być dachem dla ludzi, których łączą podobne ideały. Stała się GUŁAG-iem myśli. Konsolidację owego reżimu przyspieszył proces rezygnacji z „członkostwa” w GOP tysięcy zwolenników, zwłaszcza po zamieszkach z 6 lutego. Wedle sondażu Suffolk University-USA Today 46% republikanów twierdzi, że porzuciłaby GOP, gdyby Trump założył nową partię.

Za „skazaniem” Trumpa zagłosowali głównie senatorowie odchodzący na emeryturę lub potencjalnie starający się o reelekcję później niż za dwa lata. Sam McConnell wygrał niedawno w cuglach dla siebie kolejną kadencję. Jego stanowisko wszakże musiało odzwierciedlać konsensus w klubie, ale niekoniecznie dobro całego obozu politycznego. Nie sposób empirycznie potwierdzić, jak i wykluczyć, że „skazanie” i zakazanie Trumpowi kandydowania, przyspieszyłoby detrumpizację. Tym niemniej, po głosowaniu w Senacie, jak powiadają niektórzy – „wojna domowa” w GOP tylko się zaostrza. Trump usatysfakcjonowany głosowaniem, ale nie usatysfakcjonowany zło-wróżebnymi słowami McConnella zaatakował go – mocno okrojonym przez własny sztab – zbiorem inwektyw. Wezwał wręcz szeregi partii do usunięcia McConnella, bo ten ma być mocnym obciążeniem dla partii i gwarantem przegranych w 2022 r. Śmiałe słowa wobec ostatnio oglądanych, empirycznie potwierdzonych, osiągnięć Trumpa. Nosząca się z zamiarem kandydowania na miejsce Richarda Burra w Senacie w Północnej Karolinie (Burr głosował za skazaniem Trump, za co otrzymał zresztą „naganę”), w tłocznym już teraz wyścigu, Laura Trumpa, synowa byłego prezydenta, oznajmiła, że jej teść wciąż jest szefem partii i być może wystartuje w wyborach prezydenckich w 2024 r.

Strzelina, która rozrywa partię na dwie części, starej GOP i nowej, trumpistowskiej GOP, dzieli tak samo ruch konserwatywny. Myśliciele konserwatywni już dawno zostali zeń wypchnięci, bądź znajdują się na marginesie. Nie trzęsą nim też nazwiska wielkich senatorów i byłych prezydentów. Dominują w nim charyzmatyczne postaci radia i telewizji, zarówno tego mainstreamowego, jak i czeluści Internetu. Jedną z najbardziej znanych jest Mike Lindel, założyciel przedsiębiorstwa My Pilow, zwolennik tajemniczych mikstur uzdrawiających od Covid-19 i wprowadzenia przez Trumpa „stanu wojennego”, celem utrzymania władzy. Jest dobrym modelem, bo i w jego wypadku trudno orzec czy jest silnym zwolennikiem, czy, jak Trump, dobry marketingowcem. W trakcie kampanii podważającej legalność wygranej Biden, Lindel prowadził równoległą kampanię promocyjną dla produktów My Pilow. Oferując specjalne kody promocyjne na hasła: „FightforTrump”, „Proof” i „QAnon”, zwiększył sprzedaż firmy o 30-40%. Obrazu aktualnego ruchu konserwatywnego niech dopowie skład gości zbliżającej się Conservative Political Action Conference (CPAC). Wystąpić ma na niej Trump, ale udziału w niej odmówił były wiceprezydent Pence.

Mimo tej de facto pozornej ofensywy Trumpa w ruchu i GOP, poniedziałkowa, głośna decyzja Sądu Najwyższego przypomniała wszystkim, że Trump to słabe spoiwo prawej strony i raczej marny gwarant marszu po władzę w Kongresie. Wstrzymywana od lipca zeszłego roku, przez toczącą się kampanię wyborczą, ostateczna decyzja sądu nakazująca firmom podatkowym Trumpa o przekazaniu jego dokumentacji podatkowej nowojorskim prokuratorom, stała się faktem i początkiem poważnych tarapatów byłego prezydenta. Ten zresztą zareagował na te wieści panicznym oświadczeniem o rewanżyzmie demokratów, choć decyzję podjął sąd, do którego wprowadził aż trzech pro-republikańskich sędziów.

McConnell, pragmatyk do-bólu zdaje sobie sprawę, że lista kłopotów Trumpa jest porażająco długa, a jego gwiazda w GOP musi się wypalić, paląc przy okazji wszystko w pobliżu. Stąd jego wysiłki, by się odeń odciąć. Trump popierając swoich kandydatów w 2022 r., co zapowiedział, osłabiając szanse innych, zagwarantuje kolejne, ale zwycięstwo demokratów. Sam Trump będąc w trudnej sytuacji prawnej nie ulży sobie kandydując na urząd prezydencki. Nie wygra. Nie sięgnie więc po owoc z drzewa immunitetu. Jego obecne zaufanie społeczne wynosi 38%, a jego brak ok. 58%, w czym pokonuje nawet tradycyjnie niepopularną Nancy Pelosi. Ponad połowa Amerykanów opowiadała się niedawno w sondażach za jego „skazaniem” i odbiorem biernego prawa głosu. Trump potrzebuje prezydenta z GOP, który mu potencjalnie ulży. Ale za trzy lata, gdy ogólna kampania wejdzie w zasadniczą fazę, złota litera „T” na fasadzie kampanii danego kandydata prędzej będzie odstraszać, aniżeli przyciągać inwestorów i klientów (donatorów i wyborców).

GOP czeka długi okres odwyku po czterech latach „trumpizmu”, zabliźniania po „wojnie domowej” i finalnie faza odświeżania własnej marki. Zresztą świadomość, że nie da się wygrywać wyborów i rządzić współczesną Ameryką, sięgając wyłącznie do pierwotnych instynktów, jest tam od wielu lat. Równie też prędko zdiagnozowano, czym był „trumpizm”, czego dowodzą słowa Grahama. Poprzestano tylko na tym. A później już wszyscy jechali na jednym wózku, po prostu przed siebie…

Paweł Zyzak

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz swój komentarz!
Proszę wpisać tutaj swoje imię

Powiązane artykuły

Pozostańmy w kontakcie

26,463FaniLubię
274SubskrybującySubskrybuj
- Reklama -spot_img

Najnowsze Artykuły

Skip to content